
'The world is a book.
Those who don't travel
read only one page.'
----
- St Augustine
Andaluzja przypomina trochę Chapadę Diamentinę w Brazylii, jedzie się przyjemnie mało uczęszczanymi drogami przez tereny półpustynne.
Nieraz ciężko jest znaleźć odpowiednią drogę.
Ale od czego są życzliwi Hiszpanie, którzy bardzo precyzyjnie - patrz zdjęcia - rozrysują wszystko szczegółowo!
Natomiast w samej Amelii nie ma nic ciekawego do oglądnięcia. Nad miastem góruje zamek - niestety w niedzielę nieczynny.
Czas do odjazdu spędzam w przyjemnym ukraińskim sklepie spożywczym „Czerwona Kalina”.
Właścicielem jest Paweł i pochodzi z Ivano-Frankovska. Od 12 lat jest wraz z rodziną w Hiszpanii.
W rodzinnej Ukrainie był w ciągu tego całego czasu zaledwie 2 razy.
- Zawsze jest coś do roboty – mówi. - Pracy jest dużo, tylko niektórym ludziom nie chce się pracować!
Zadaje tym samym kłam 23% bezrobociu, z którym boryka się w ostatnim czasie Hiszpania.
No właśnie jak to jest właściwie z tym kryzysem w strefie Euro. Wszyscy narzekają, biadolą, że Euro jest zagrożone, ale ja widzę zupełnie coś odwrotnego!
Niby w Polsce wzrost gospodarczy, bezrobocie poniżej 10%, a Euro jak poszybowało w górę, tak nadal powyżej 4,5 zł!
No to niech mi ktoś wyjaśni jak to jest z tym kryzysem i gdzie on jest, bo się już pogubiłem....
Ale są politycy, którzy z kryzysu się cieszą.
Do nich zapewne należy lider Partii Ludowej, która to w przedterminowych wyborach do parlamentu znokautowała partię Zapatero zdobywając prawie 45%.
Jonas nie cieszy się z tego. Mówi, że Zapatero cieszył się bardzo dobrą opinią, unowocześnił państwo, był rozwój gospodarczy, ale...
W czasie jego drugiej kadencji do Hiszpanii zawitał ww pan kryzys, no i kozła ofiarnego trzeba było znaleźć, i niewdzięczni wyborcy ukrzyżowali premiera.
Powtórzę zatem moje słowa, które kiedyś, bardzo dawno temu mi wpadły do głowy: „Najlepiej w życiu być turystą – zawsze, kiedy zaczyna ci się nie podobać można wyjechać...”
A więc żegnaj słoneczna Hiszpanio.
Czas podnieść kotwicę, bo zima zbliża się w szybkim tempie i choć w hiszpańskich parkach wciąż łobuzują papugi i w dzień, w słońcu jest ponad 20 stopni, to noce są coraz chłodniejsze – ostatnio było zaledwie 4C.
ps. Dokładnie w 3 tysięczne urodziny, zaczep przyczepki uległ odłamaniu - wyjątkowo okazało się nietrwałe - patrz fotki. Na szczęście w nieodległej miejscowości nabyłem za 1 € kilka śrub (na zapas) i szybko uporałem się z problemem.
ps 2 - Prom przybył punktualnie. Melilla sympatyczna mieścina i zadbana - benzyna o 30 centów tańsza niż we właściwiej Hiszpanii.
- znalazłem taką uliczkę w miejscowości Cheste 30 km od Valenci – patrz zdjęcia.
Jak również, jeśli tylko ktoś ma taką fanaberię, może się tutaj nazywać Jezus. No cóż, co kraj to obyczaj...
Valencia do chwili obecnej kojarzyła mi się wyłącznie z winem o tej właśnie nazwie, w 1,5 litrowym opakowaniu, które przy wyjątkowych okazjach albo i bez okazji, sączyliśmy z Magdą S. w Witkiewiczówce, pod koniec smutnych lat 80-tych.
W tym samym czasie seniora Zofia Sierszeńska, spakowała walizki i wraz z rodziną opuściła komunistyczną Polskę.
Początkowo myślała o Australii, ale losy tak się potoczyły, że wylądowała w słonecznej Hiszpanii. Zaaklimatyzowała się, nauczyła się języka, niemniej zaczęła tęsknić (niczym Kazimierz Nowak) ** za aromatem i magią świąt Bożego narodzenia, za znajomymi, za śniegiem...
Tymczasem w Polsce nastąpiły przemiany polityczno–gospodarcze postanowiła znów się spakować i wrócić do nowej Polski.
Pani Zofia od 2001 roku, znów jest w Hiszpanii. Łączy nas lekkie podejście do życia - ja w tej chwili na zimę „lecę do ciepłych krajów”, ona ucieka przed hiszpańskimi upałami i lato zwykle spędza w Polsce.
Siedzimy na tarasie jej mieszkanka, a pod stołem łasi się Bongo, wyjątkowo spokojny piesek....
Jest słonecznie i jak na koniec listopada bardzo ciepło.
Zosia jest wszechstronną artystką. Ślicznie maluje, fotografuje, robi kolaże, projektuje i produkuje biżuterię, miniatury z modeliny, pisze fotoreportaże jak również wiersze i opowiadania.
W 2011 r. wydała tomik wierszy: „Iberyjski kochanek”. Obecnie pracuje nad książką.
Jest propagatorka dobrego i zdrowego chleba na zaczynie, uczy na kursach jak go wyrabiać i piec.
Gdzieś głęboko w sobie czuje hiszpańskie korzenie i z tego powodu dzieli swój pobyt na Ziemi między te dwa piękne kraje.
W roku 2009 nagle rozpoczęła malować twarze. Zmieniła całkowicie swoje życie i oddała się dwóm pasjom: malowaniu i pisaniu.
Najbliższe jej sercu jest malowanie portretów. Wiele z malowanych osób twierdzi, że w swych akwarelach potrafi zawrzeć duszę portretowanego.
Wystawia w Polsce i Hiszpanii. Pierwszej wystawie nadała tytuł „Nigdy nie jest za późno”.
http://www.zofiasierszenska.com/
Przeprowadzała się kilkadziesiąt razy.
- Nigdy nie bałam się zaczynać od nowa *** – mówi z przekonaniem.
Okazuje się, że mamy bardzo wiele wspólnych tematów i zainteresowań, dlatego godzina miłej rozmowy przy śliwkowym cieście i herbacie szybko nam zleciała. Niestety trzeba było wrócić do Valenci.
Valencia jest spokojnym, zadbanym miastem (trzecim co do liczby mieszkańców), ze ślicznymi budynkami przypominającymi wielkie okrety.
Szczególnie, dla przybysza z Polski rzuca się w oczy trotuar wyłożony marmurem a nie kostką betonową. Ale marmuru w Hiszpanii dostatek, więc to dlatego.
Miasto może się również poszczycić nowoczesnym Miasteczkiem Sztuki i Nauki autorstawa hiszpańskiego architekta Santiago Calatravy, ciekawym budynkiem opery, oceanarium, planetarium oraz – co godne uwagi – nowoczesnym muzeum nauki, gdzie na różnych interaktywnych eksponatach można poznać m.in. prawa fizyki itp.
Szczególnie jest ono wspaniałą dydaktyką dla dzieci i młodzieży.
W środę rano z RENFE – hiszpańskim odpowiednikiem PKP – znów był problem.
Okazało się, że do pociągu, na który kupiłem bilet z bicykletą nie można. W sumie nic nie zrozumiałem. Czy chodziło, w ogóle o rower czy wyłącznie o „mój rower” - no i pociąg odjechał. Dzięki bogu oddali chociaż pieniądze...
Cóż było robić? Musiałem przeprosić się z rowerem. Pogoda była śródziemnomorska, ale droga ruchliwa. Po drodze machały do mnie liczne panie masażystki, które również korzystały ze słońca.
Po 120 km dotarłem w przepiękne miejsce – patrz fotki – które warte było tego całodniowego trudu. Hotel Tatonka - Groenland 2 był położony na ślicznym klifie, w bardzo spokojnym miejscu z przepięknym widokiem na morze i... był całkowicie ZA DARMO! Miałem bardzo wygodne airbed, a z okna apartamentu rano uśmiechało się do mnie wschodzące słońce - Maslivka – proszę zazdrościć! Niestety, jedynym mankamentem było, to, że nie miał SPA, ale podobno pracują już nad tym!
Natomiast śniadanie było podane na tarasie i było bardzo smaczne.
Przejazdem na dworzec, przeleciałem Alicante – zrobiło dość przyjemne wrażenie. Poza tym minąłem mój ulubiony market Auchan i okazało się, że Hiszpanie nie muszą sobie na nim łamać języka – u nich nazywa się on Alcampo i też w logo ma ptaszka.
Z rowerem nie było już problemu – pociąg zabrał mnie do Aguilas z przesiadką w Murci del Carmen. Marcia miła i ładnie nocą podświetlona.
Natomiast wybrzeże od Aguilas w stronę Almerii, wymarłe. Wioski turystyczne zabite dechami i byle do wiosny... choć, od czasu do czasu mijają mnie niemieckie samochody, które nie tyle poznaję po literce D na tablicy rejestracyjnej, co po ostrożnej jeździe obok bicyklety.
Hiszpania to oczywiście popularne w Polsce Seaty, i podobnie jak Polska, kraj rolniczy. Uprawia się tu różne przyjemne warzywa i owoce, w tym (a może przede wszystkim) mandarynki i pomarańcze. Akurat rozpoczął się ich wysyp. Jadąc rowerem po drodze mija się liczne plantacje tych smacznych owoców.
W Cheste miałem przyjemność odwiedzić ekologiczną plantacje rodziny Morell: http://oscarmorell.com/
Wizytowałem również ich linię produkcyjną – patrz fotki i film.
Jonas (czyt. Honas) jest synem właściciela firmy. Sprawdza czy owoc nie jest uszkodzony i ucina ogonki niewielkim sekatorem. Pracuje od 8 do wieczora. Pytam go czy taka codzienna, w sumie monotonna praca przy pomarańczach go nie nudzi.
Jego odpowiedź zdumiała mnie całkowicie. Bardzo mało jest w sumie ludzi, którzy kochają to co robią. Poetycko, wręcz mistycznie wyjaśnił mi cały technologiczny proces, a na koniec powiedział, że kocha pomarańcze. To było naprawdę bardzo piękne!
-----
* tytuł wiersza Z. Sierszeńskiej
** Trzecie w podróży święta spędzam pod namiotem na drodze do Zambezi-Bulawayo.
Jest grudzień, a więc lato, wokół rozkwita bujna zieleń, słońce upalne pali skórę, a ja tęsknię do śniegu, do choinek rozstawionych na placach naszych miast, tych zwiastunów zbliżającego się Bożego Narodzenia.
'Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd' - wydawnictwo SORUS
*** Zdanie to szczególnie polecam pod rozwage czytelnikom z Warszawy
miałem okazję przekonać się na własnej skórze, kiedy to w metrze dwóch kieszonkowców usiłowało dobrać się do saszetki, a w kilka dni później spotkałem w metrze tego samego draba wraz z całą bandą. Poza tym tu i ówdzie można też dostrzec leżące na ulicy rowery, ograbione bądź z przedniego koła, bądź samo przednie koło przypięte linką do słupka – czyli ktoś pewnie sobie kompletował rowerek.
Barcelona - pomimo kryzysu - nie jest też miastem tanim.
Abstrahując od powyższego miasto posiada potencjał i na pewno warto tutaj przyjechać, ot choćby dla samej Sagrady Familii.
Być może z zewnątrz robi trochę kiczowate wrażenie i jakby nazbyt jest przeładowana dekoracjami, zwłaszcza te kolorowe zwieńczenia wieżyczek są dla mnie przesadnie cukierkowate i baśniowe, natomiast wewnątrz jest po prostu niesamowicie. Różne style ale niezwykła prostota formy – jest w tym coś niezwykłego i mistycznego, coś co co naprawdę bardzo ciężko ubrać w słowa.
Spędziłem w środku ponad 3 godziny i miałem dość czasu aby przyglądnąć się detalom.
Niestety są pewne niedoróbki, a wypełnienie podłogi czymś w rodzaju korka imitującego marmur, pomiędzy autentycznym marmurem moim zdaniem jest nie do przyjęcia – chyba, że jest to rozwiązanie tymczasowe.
Kiedy wieczorem udałem się z kolei do krypty uderzyły mnie dwie rzeczy – piękny grobowiec Gaudi sobie zaprojektował – to raz. Po drugie, nie wiedziałem, że beatyfikacja to proces, na który niezbędne są pieniądze – obok grobu była specjalna skrzyneczka na ten święty cel przyszykowana.
Niedorzeczne! Moim zdaniem Antonio Gaudi powinien zostać „Santo Subito” ot choćby tylko dlatego, że dzięki niemu do kasy codziennie wpływają dziesiątki a może nawet setki tysięcy euro!
Nie wiem jaki jest koszt dokończenia dzieła, ale moim zdaniem, mimo unijnych dotacji i wpływów z biletów strasznie się ślimaczy.
Jest listopad, a więc poza sezonem, a kolejka do kilku kas dla indywidualnych klientów była na 15 minut...
I tak jest przez cały dzień. A każdy bilet to przecież 12,5 € - no chyba że jest się dzieckiem lub emerytem. Przyglądnąłem się z wieży na pracujących przy elewacji i dachu. Niewielu było pracowników.
Jakby zatrudnili Chińczyków – tylko nie tych od autostrady - to w trymiga Barcelona miałaby nie jedną Sagradę Familię, ale dwie i to dodatkowo połączone szybką koleją.
Pogoda śródziemnomorska – więc przyjemnie jest też posiedzieć w parku Guell czy też na barcelońskiej plaży, a wieczorem w przyjemnym spa np. takim jak to, które polecam: www.airedebarcelona.com – niestety są dwa mankamenty: wymagana wcześniejsza rezerwacja i czas pobytu w spa to zaledwie 90 minut.
Dla low budget, aby mieć namiastkę spa wystarczy pójść na miejską plażę. Co jakiś czas przechodzi mobilne spa – a pani masażystka z Chin jest miła i niedroga, o czym miałem okazję się osobiście przekonać.
Oczywiście na plaży jak i w rejonach mocno turystycznych należy uważać na kieszonkowców, którzy w sezonie ale i poza sezonem licznie w Barcelonie grasują.
- Teraz im się już powoli sezon kończy - powiedział mi Paweł od 12 lat mieszkający w Hiszpanii, współwłaściciel firmy rikszowej http://www.funkycycle.es/ – Ale w sezonie to często widzę jak okradają.
Policji na mieście jest nadzwyczaj sporo, ale nie ogarniają problemu i trudno się im dziwić skoro Barcelona przyciąga do siebie niczym ćmy, nie tylko turystów.
Natomiast jak ktoś ma dosyć wielkomiejskiego zgiełku, kolejką ze stacji Place de Espanya (4€ - godzina jazdy) może się udać do równie zatłoczonego, aczkolwiek malowniczego Montserratu. Ze stacji trzeba wyjechać na górę kolejką linową (9€ - powrotny) lub linowo-terenową, a później oczywiście warto pochodzić po okolicy, a w szczególności odwiedzić klasztor, równie malowniczy, co otaczający go pejzaż.
Z uwagi na dużą liczbę turystów, kolejek, a także na same góry – miałem momentami wrażenie, że znalazłem się znowu, w przeklętych chińskich Żółtych Górach.
Oprócz Sagrady Familii i parku w Barcelenie jest również kilka innych ciekawych obiektów Gaudiego, ot choćby słynna Casa Batllo – zwiedzanie wnętrza 18,5€ - co uważam za cenę zaporową - albo będąca w prywatnych rękach Casa Vicens - jeden z pierwszych projektów Gaudiego, który uważany jest za jego manifest.
Miasto ma oczywiście też i inne propozycję, np. mecz na słynnym stadionie – bilety od 22€ - oraz liczne muzea, w tym interesujące muzeum Picassy w samym centrum miasta. Ponieważ nie za bardzo lubię zwiedzać muzea, więc świadomie zrezygnowałem z podziwiania tych bohomazów.
Ponadto Barcelona to raj dla zwłokolubów, oprócz wielu interesujących potraw, w licznych sklepach nabyć można prawdziwe mięsne rarytasy, z których słynie Hiszpania, w tym wieloletnie szynki, których cena dochodzi nieraz do 200€ za kilogram!
Dla pocieszenia dodam, że w ofercie jest wiele tańszych wyrobów, które można zakupić nawet nie ruszając się z domu, przez internet: www.jamonarium.com a zakupiony towar zostanie błyskawicznie dostarczony przez firmę UPS!
Smacznego!
Lało, jak w biblijnym potopie. Drogą przelewała się woda szerokimi strumieniami. Żadne nieprzemakalne ubranie! Żadne membrany, peleryny! Nic - apogeum. Po godzinie byłem jakbym z rzeki wyszedł i takiż wsiadłem w Figueres do pociągu do Barcelony - szkoda tylko, że nie wpadłem na ten pomysł dzień wcześniej...
A wszystko oczywiście przez 'chciwość', o której się tyle rozpisywałem we wstępie do podróżowania!
Namawiała Mila: 'Jak będzie w Figueres, koniecznie podjedź do Cadaques. To tylko 8 km. Prześliczna miejscowość z białymi domami - zachęcała.
No więc podjechałem, ale drogą z miejscowości Lianca. Według drogowskazu było tylko 20 km, ale po drodze serpentyny w górę, więc zmierzchało, i przed przełęczą rozbiłem obóz w miłym miejscu, obok nowo powstałego rwącego potoczku.
Noc minęła na przelotnym deszczu, ale niestety poranek nie wróżył pięknej pogody. Dotarłem do ronda i już miałem zrezygnować z 'białych domków' i zjechać w kierunku Figueras (28km - nie 8 jak mówiła Mila), kiedy zatrzymał się samochodem jakiś starszy pan i zaczął podziwiać wehikuł. Zapytałem przy okazji czy daleko do Cadaques. Odpowiedział, że tylko 4 (w rzeczywistości było 5) i wręcz nalegał, że koniecznie muszę wioskę odwiedzić, gdyż cytuję: 'To jest najpiękniejsza miejscowość śródziemnomorska.'
Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Zjechałem. Jechało się w dół bardzo przyjemnie.
Miejscowość mnie jednak totalnie rozczarowała - było też o tym w moim wstępie. Według mnie nic nadzwyczajnego i nie umywa się nawet do greckiej Hydry czy Santorini. Ot wioska przy zatoczce! A że bywał tu Picaso i tworzył tu Salvador Dali... a jakie to ma właściwie znaczenie?
Rzuciłem więc tylko pobieżnie okiem. Zjadłem śniadanie. Przeglądnąłem maile i ruszyłem z powrotem. Niestety lunęło - na 14-tą całkowicie mokry dotarłem na dworzec ichniejszego PKP w Figueres. Napisałem tylko sms-a do Sonama, że będę już dziś wieczorem...
A tak na marginesie mojego pytania o stanie w deszczu, to właściwie, na dobrą sprawę, przygadał kocioł garnkowi... - a właściwie po co ja w deszczu jadę i moknę? - mogłaby mnie z kolei zapytać...
---
*Bez sensu stoję tu od rana
Wciąż pada ten cholerny deszcz
A jestem tania bardzo tania
Zapłać nie żałuj dalej jedź
Wiem jedno muszę dziś zarobić
Z taką jak ja to nie grzech
Nawet wybaczyć nie ma czego
Wciąż pada ten cholerny deszcz
Świętego nigdy nie spotkałam
Wciąż pada ten cholerny deszcz
Bez sensu moknę tu od rana
Zapłać nie żałuj dalej jedź
To krótka chwila zapomnienia
Pięć no może dziesięć minut
To jakby splunąć to nie grzech
Nic jeszcze mniej niż śmieć
Świętego nigdy nie spotkałam
Wciąż pada ten cholerny deszcz
Bez sensu moknę tu od rana
Zapłać nie żałuj dalej jedź
Być albo nie być być czy mieć
Znam te rozterki salonowe
Jak to moralnie was wzbogaca
Stoję tu taka moja praca
Świętego nigdy nie spotkałam
Wciąż pada ten cholerny deszcz
Bez sensu moknę tu od rana
Zapłać nie żałuj dalej jedź
'Ten cholerny deszcz' - Olga Jackowska

© Copyright 2011 W drodze...
All Rights Reserved.
Wykonanie strony: RevolWEB
Dodaj komentarz: