
'The world is a book.
Those who don't travel
read only one page.'
----
- St Augustine
Z powodu senegalskiej wizy utknąłem w Kazie – jak tutaj mówi się na Casablankę – bo okazało się, że w Rabacie jest tylko sama ambasada.
Wizę już mam. Odebrałem ją z rąk samego konsula. Ma numer 006/2012.
Otrzymałem ją na 45-dniowy pobyt, dokładnie w datach wskazanych w aplikacji.
15€. 3 dni czekania. Żądanie okazania biletu i rezerwacji hotelu oraz Żółtej Książeczki ze szczepieniem przeciwko febrze.
Niestety, jak widać jesteśmy wciąż traktowani jako obywatele UE drugiej kategorii, a z bardzo przyjemnej rozmowy z konsulem dowiedziałem się, że to tylko i wyłącznie wina polskiego MSZ, że nie zabiega o włączenie Polski do ruchu bezwizowego, choć z drugiej strony nie wiem czy nie powinna zabiegać o ujednolicenie spraw wizowych Bruksela.
Kaza jest brzydka, nudna, a miejscowe hotelarstwo obrzydliwie drogie. Z racji cen, zmuszony byłem umieścić się w hostelu. Miałem nadzieję, że chociaż tam zmieniają pościel, ale podejrzałem panie krzątaczki. Przyszły nazajutrz i jedynie złożyły koce i wygładziły ręką prześcieradła, bo pościel się tutaj zmienia jak się już doniczego nie nadaje.
Hostel kosztował 70DH czyli niecałe 7€ i był z petit déjeuner – jak tutaj z francuska mówią na śniadanie – i rzeczywiście to śniadanie było petit. Mała miseczka dżemu i jeszcze mniejsza płatków z masła. Literatka soku i taka sama herbaty bądź kawy do wyboru. Do tego dwa petit kawalątka bagietki.
Poza tym miasto całkowicie w remoncie. Ale idzie nowe i dni handlu na torowisku zostały już policzone.
Niedługo bowiem ruszy piękny, nowoczesny tramwaj prosto z Francji.
Właściwie szczęście w całym tym nieszczęściu, że czułem się nieszczególnie i oczekiwanie na wizę wykorzystałem na odwiedzenie lekarza, co dzięki bogu wypełniło mi cały boży czwartek.
Nie mając pomysłu gdzie się udać, na sam początek odwiedziłem Instytut Pasteura, ale z stamtąd odesłano mnie do ambulatorium przy szpitalu uniwersyteckim.
Na pogotowiu dantejskie sceny i afrykański harmider. Ze stoickim spokojem przeszedłem wszystkie instancje i na koniec zjawił się lekarz - Senegalczyk, który zabrał mnie na badania do swojego gabinetu na oddziale zakaźnym, gdzie panował już spokój. Z racji bariery językowej posługiwaliśmy się translatorem google, ze skutkiem całkiem dobrym.
Podstawowa pomoc medyczna jest w Maroku bezpłatna. Niestety lekarstwa są na poziomie cen polskich, a badania laboratoryjne dość drogie, aczkolwiek jest tutaj duża konkurencja, różne ceny i można się nawet targować – widząc brak mojej akceptacji ceny, laboratorium obniżyło ją o ok. 25%!
Wiza już jest. Wyniki są bardzo dobre. Więc najwyższa pora znów przeprosić się z rowerem i ruszyć na podbój Sahary.
Napisałem na początku, że zamieszanie jest z tymi rocznicami no, bo tak: u nas jest 2012, ale np. u Żydów zawsze musi być inaczej i kalendarz mają inny i stary, bo biegnący od Stworzenia Świata, czyli od początku całego ambarasu kalendarzowo-egzystencjalnego. Nie mam pojęcia na jakiej podstawie to ustalili, niemniej wg nich Świat został stworzony dokładnie 7 października 3761 p.n.e. Stąd też obecny rok to już 5771.
U naszych młodszych braci w wierze z kolei rok jest ten sam, ale Nowy Rok nie wypada 1 ale 14 stycznia - ot tak sobie Juliusz Cezar wykombinował na spółkę z astronomem Sosygenesem.
Ciekawostką jest z kolei era buddyjska w konfrontacji z kalendarzem berberyjskim, wg którego Nowy Rok obchodzony jest w okolicach marca, czyli na wiosnę - i jakby nie patrząc słusznie.
Obecnie, kiedy my mamy ten swój ukochany 2012, Berberowie za około dwa miesiące będą obchodzić okrąglutki 2060. Wspomniałem o ciekawostce. Otóż z kolei obecny buddyjski rok to 2555 czyli prawie identyczny z berberyjskim. Przy czym tutaj kolejna interesująca informacja liczony jest nie od narodzin Buddy (vide Chrystus) lecz od jego śmierci, która co prawda wg historyków została ustalona na rok 480 pne, ale tradycja jak wiadomo dzierży przeważnie palmę pierwszeństwa i datuje zgon Buddy na 544 r pne, zresztą podobnie jest z naszym kalendarzem a faktyczną datą urodzin Jezusa Chrystusa!
Dlaczego Era Buddyjska od śmierci Buddy? Krótko wyjaśniam: narodziny wg buddyzmu nie są przyjemne - a śmierć może przynieść ze sobą wyzwolenie - ot co.
Ale szczęśliwi emeryci czasu nie liczą i nie myślą o śmierci, tylko beztrosko wypoczywają sobie w Sidi Ifni bądź w jej okolicach.
Na tradycyjnej herbatce u Berbera Hafida spotykam prawie codziennie sympatyczną Fione z Andre. Pochodzą z Normandii i co roku - niczym bociany - przemierzają w ciągu 4 dni przeszło 3 tys. km, by przez 3 pełne miesiące rozkoszować się przyjemną temperaturą.
W Sidi wynajmują przestronny apartament i nie ukrywają, że powodem ich czasowej emigracji są względy finansowe.
Takich małżeństw jest obecnie w Maroku sporo. Ciepło, tanio, a w dodatku bez problemu można porozumieć się we własnym języku! Przynajmniej taki pożytek z byłych kolonii.
Po nowym roku jednak się przerzedziło. Młodzież wyjechała i zostali przeważnie emeryci. Wielu jednak woli własny apartament na kółkach niż ten wynajęty. A niektóre campery to normalnogabarytowe autobusy zaadoptowane na cele mieszkalne.
No cóż, nie bez kozery Kazimierz Nowak pisał:
Są wprawdzie ludzie, którzy przez Saharę jadą i zajadają lody, piją mrożone napoje, spożywają tuziny konserw, nie są to jednak wolni koczownicy Sahary, jak ja. To niewolnicy swych wygód, którzy trzymać się muszą utartego szlaku.
Niestety polskich emerytów na takie luksusy albo nie stać, albo wyjeżdżają latem do Chorwacji czy na Węgry, a zimą wolą marznąć i spacerować po wymarłych Wierzchosławicach.
No cóż, co kto lubi...
Do miasteczka przyjeżdżają też Hiszpanie - mają bliżej, a poza tym do 1969 roku - czyli całkiem niedawno - miasteczko było w ich władaniu.
Co interesujące nowi właściciele albo z lenistwa albo z oszczędności do dzisiejszego dnia nie zmienili hiszpańskich ulic wzorem zwycięzców.
Z sentymentem robią fotki tabliczkom z hiszpańskimi nazwami calle lub avenida turyści z półwyspu iberyjskiego.
Nowy administrator zmienił jedynie nazwę głównego placu na Plaza Hassana, przy którym mieści się ichniejsze starostwo, no ale jest to chyba zrozumiałe, gdyż nie byłby zapewne do przyjęcia jakiś Franco czy inny przywódca hiszpański.
Co interesujące nie zburzono, a także niezadaptowano na meczet katolickiego kościoła, jak to często w historii bywa.
Hafid ma 24 lata, prowadzi herbaciarnie i uwielbia haszysz - no ba - tutaj w Maroku, z tego co się zorientowałem jest to bardzo popularna używka.
Opowiada mi o Maroku, podczas gdy z fotografii na ścianie łagodnym okiem spogląda król Maroka Muhammad VI.
Okazuje się, że prawie 75% mieszkańców Maroka to waleczni i nieustraszeni Berberowie, którzy zajmują obszar północnej Afryki aż do Egiptu.
Sami o sobie mówią, że są AMAZIGH - WOLNI!
Zajmują się pasterstwem i prowadzą podobnie jak ja koczowniczy tryb życia. Maja swój kalendarz - o czym było powyżej - oraz własny alfabet przypominający pismo runiczne - patrz fotki.
Mimo, że są w zdecydowanej większości, zdominowali ich Arabowie.
Ale wszystko ewoluuje. Dziś maja już więcej niezależności m.in. w szkołach
mogą uczyć się własnego języka.
Nie wiem jak hucznie obchodzony był Nowy Rok w Sidi Ifnii. Z tego, co się dowiedziałem policja z turystami nie miała problemów, natomiast przechwyciła jakieś niewielkie ilości haszyszu od tubylców, podczas gdy ja po włamaniu pilnowałem namiotu przed inwazja kleszczy i innych intruzów!
No cóż wystarczyło jedynie na 4 minuty się oddalić od namiotu po zachodzie słońca. Widać namiot musiał być pod obserwacją.
Niespecjalnie więc miło skończył się dla mnie stary rok, a ponieważ, dodatkowo zdiagnozowałem u siebie objawy boreliozy postanowiłem wrócić do Sidi i skonsultować moje podejrzenia z lekarzem.
Znalazłem całkiem znośny - w porównaniu z Marsylią - hotel za 3 euro!
Podoba mi się ta marokańska ułańska fantazja. W pokoiku z małym okienkiem mieściło się tylko łóżko i materac na ziemi dla ewentualnej drugiej osoby.
Poza tym był w kształcie regularnego rombu - no bo kto powiedział, że pokój ma być prostokątny?
Z drugiej strony romb bądź co bądź to też prostokąt, tylko że taki kopnięty...
A w ogóle to nie ma się co dziwić.
W Polsce drzewiej też tak budowano, względem działki a nie fixum dyrdum projektanta.
Tutaj tak nadal się buduje, więc można spotkać domy przeróżnych kształtów, widziałem nawet trójkątny - patrz fotki.
Szkoda, że w PL już tak się nie buduje. Czasem mam wrażenie, ze współczesna architektura bazuje przeważnie na wzorze wziętym z klocków lego - wszystko musi do siebie pasować.
Czasem zaglądają tutaj architekci, może czas najwyższy na większa swobodę w kreowaniu mieszkalnej powierzchni.
Może jakaś inspiracja przyrodą?
Jakaś owalna sypialnia zamiast kloca...
A że nieustawne, bo bez kątów?
A kto powiedział ze pokój musi być ustawny!
30 km od Sidi Ifni jest znacznie spokojniej a miasteczko Mirleft sympatycznie rozrzucone w kilka stron.
Nie ma w nim jeszcze asfaltu. Ale czego nie robi się dla turystów?
Idzie właśnie nowe - patrz fotki - i lada dzień położą ku uciesze letników pachnące gorąca smołą nowe dywaniki.
Jak tylko dotarłem, otoczyly mnie harpie - wiecej nt harpi w light/publicystyka/zakopane.
Mam dzięki temu piękny apartament z ciepłą wodą - patrz fotki - ze ślicznym widokiem na miasteczko, a z tarasu na cmentarz i ruiny francuskiej twierdzy.
Za całość płacę zaledwie 2 euro więcej niż za romb w Sidi!
Mogę sobie do woli gotować i nawet oglądać tv.
Jedynym mankamentem jest brak pralki, a po trzech miesiącach tułaczki mimo jedwabnej wkładki, śpiwór nadawał się już do prania.
Z pomocą przyszedł mi kufer bagażowy, który w trymiga przerobiłem na Franię.
Miasteczko jest spokojne. Plaża jest szeroko i piaszczysta, ale mam do niej dość spory kawałek.
Oczywiście, gdyby nie sknerzyć, to można byłoby wynająć wspaniałą rezydencję na klifie, zaraz nad plażą - patrz fotki.
Wiele z nich jest też wystawionych na sprzedaż.
Przyjemnie czas upływa w Mirleft, no ale czas ruszać w drogę, tym bardziej że jak prorokują miłośnicy spiskowych teorii, czasu zostało już niewiele.
Według stosunkowo młodego ale równie pomysłowego kalendarza muzułmańskiego, koniec naszej ery nastąpi 21 grudnia 1433 roku czyli inaczej mówiąc bieżącego.
Tak w ogole, to oryginalny jest ten kalendarz muzułmański, nie jest liczony ani nie od narodzin ani nie od śmierci proroka Mahometa, ale od jego ucieczki (hidżry) z Mekki do Medyny, która to miała miejsce 15 lipca 622 roku.
No cóż na ww. dacie 21 grudnia br. kończy się, jak wiadomo, apokaliptyczny kalendarz Majów - no i może to dobrze - nie będzie już więcej świat i innych rocznic do obchodzenia, co jak było do udowodnienia na samym początku, są li tylko umowne, niczym ceny w Maroku i wprowadzają tylko niepotrzebne zamieszanie.
Nie wiem, jakiś w Sidi Ifni wysyp Jousefów. Mam kolejnego sąsiada (patrz nowe fotki na końcu starych).
Mohamed 4 grudnia skończył 29 lat i od trzech lat mieszka na plaży.
Zaprosił mnie do siebie w gości.
Niestety, 2 km po piasku z rowerem to niezbyt szczęśliwy pomysł. Poza tym tu jest mi całkiem dobrze.
Przybyłem więc tylko o poranku, na audiencję z herbatą.
Tekst o outsiderach, generalnie, z tego co widzę nie spodobał się. Wcale mnie to nie dziwi, bo jako autor mniej więcej orientuję się co ludzie lubią czytać, co ich interesuje, a co ich nudzi i nad czym zastanawiać się nie chcą. Gdybym wspomniał aromat pieczonego ciasta, śnieg za oknem i choinkę i przeciwstawił ten obraz z Jousefem, który biedny, na plaży, bez rodziny, samotnie spędza wigilię, z pewnością wywołałbym empatię u czytających.
Być może nawet ktoś, pod wpływem słowa pisanego zaproponowałby świąteczną paczkę – tak – ludzie uwielbiają takie łzawe historie. A tak? Takie pisanie sobie a muzom.
Poza tym został trochę opacznie zrozumiany, być może to wynik tego szumnego podtytułu „manifest świąteczny”?
Szkoda, bo w tym całym zagonieniu i „utonięciu” w cywilizacji, właśnie w czasie świąt odrobina refleksji byłaby jak najbardziej pożądana.
Chciałem w tekście pokazać, że istnieją ludzie, którzy nie zgadzają się na zastany porządek rzeczy i żyją sobie po swojemu.
Absolutnie nie było moim zamiarem przekonywanie nikogo, że taki sposób na życie jest lepszy.
Nie chciałem też przez to powiedzieć, że oto odcinam się całkiem od cywilizacji, bo jest zła.
Owszem z niektórych spraw, które przestały mnie interesować, bądź były nieopłacalne i uciążliwe – np. karta kredytowa, telefon na abonament i inne - rzeczywiście świadomie zrezygnowałem, niemniej trudno by było – zresztą nie mam nawet takiej potrzeby – aby totalnie porzucić wszystko, wycofać się i zaszyć np na bezludnej wyspie.
Cywilizacja/Świat jest jaki jest, i można z niego korzystać wg własnego widzimisię.
Niemniej warto pamiętać, że wszystko ma swoją cenę i w tym świecie nic nie jest za darmo, a pogoń za dobrami tego Świata, nie prowadzi donikąd, jest to po prostu ślepa uliczka, która nigdy się nie kończy. Niestety Świat cały czas do tego niekończącego się maratonu mobilizuje i nakręca.
Jak nakręca i mobilizuje, to można sobie przeczytać w Bombaj – Maximum city. Polecam tę lekturę. Wspaniały reportaż.
Warto więc, zatrzymać się, zastanowić, tak właśnie jak to powtarzała pani Barbara z cytowanych Nocy i Dni - „Dokąd się to wszystko toczy i po co?” - i tylko tyle.
Jeśli chodzi o święta. No cóż... Osobiście nie obchodzę ŻADNYCH świąt, bo nie mam takiej potrzeby, ale tekst nie był na nie zamachem.
Dawno, dawno temu czarny kot przeszkadzał podczas uroczystości ślubnej.
Przywiązano więc go do słupa.
Odtąd, gdy tylko miał się odbyć ślub, łapano czarnego kota i przywiązywano do słupa.
Zapomniano jaki był pierwotny powód. Robiono to tylko, bo taka powstała tradycja/rytuał.
Czyż z naszymi świętami nie jest podobnie. Zachęcam mimo wszystko do poświątecznej refleksji.
Z okazji Nowego Roku - szampańskiej zabawy i więcej zadumy nad życiem własnym i Świata...
Nie wypada odmówić. Mocna, słodka ale nawet dobra.
- Telewizor? - dziwi się. - A po co mi telewizor? Tu zobacz – i zatacza ręką koło – mam telewizor.
Siedzę sobie na tarasie i oglądam...
Monotonny program? - zadaje znów sam sobie pytanie i zaraz na nie odpowiada - A w telewizji jest inaczej? Mecz, telenowela, teleturniej, złe wiadomości i tak na przemian w kółko. Nawet w święta co roku lecą te same filmy.
Świat jednak nie lubi takich Jousefów, boi się ich i nie rozumie.
Niemniej korzystając ze świątecznej krzątaniny, myślę że warto nad tym głębiej się zastanowić i poddać refleksji:
„Dokąd to się wszystko toczy i po co?” (...) „Ja przecież wiem, że Żarnecka umarła. Cóż wy to przede mną skrywacie? Biedna stara. Tuptała, pracowała, popijała sobie, może jej się czasem zdawało, że potrzebna, że i używa życia. A tego jej życia nawet nie znać na świecie. Tak ono i każdemu przemija, ginie bez śladu. Czy z nami, czy bez nas, dnie i noce jednakowo się toczą. Aż nie wiem, po co się człowiek tak stara, tak swoim losem przejmuje.” *
Otóż to. Krzątamy się, gonimy wciąż za czymś i po co, dlaczego... Tylko, że Świat właśnie uwielbia jak gonimy, krzątamy się i jest wręcz w siódmym niebie, kiedy czujemy przed nim respekt.
Bo gdyby nie ten strach, gdyby nie nasze wygórowane ambicje, to każdy z nas leżałby pod klifem - o ile znalazłby wolne miejsce - i patrzył bezmyślnie na fale przybijające do brzegu lub spał.
Świat się boi outsiderów. Outsider, nie pójdzie do banku, nie będzie mieć rachunku i kart kredytowych, nie weźmie również samochodu na kredyt i nie ubezpieczy siebie oraz swojego domu od wszelkich plag egipskich, ba, nie założy nawet zwykłego alarmu.
Do kościoła czy meczetu też nie pójdzie, wobec czego duchowny nie dostanie od niego złamanego grosza.
Outsider nie zapłaci również czynszu i ma zupełnie gdzieś, kiedy prąd czy gaz idą do góry. Do przeżycia takiej osobie naprawdę niewiele potrzeba, dlatego Świat jej nie lubi.
Paradoksalnie Świat kocha przestępców – bez nich nie miałaby racji bytu policja a wraz z nią cały aparat tzw wymiaru sprawiedliwości. Na złodziejach – oprócz prawników – zbijają kokosy firmy ubezpieczeniowe, ochroniarskie itp. Wszechobecny konsumpcjonizm, kochają banki.
„Obfite święta” - tak pewien bank reklamuje świąteczne kredyty, które wielu ludzi chętnie zaciągnie, by po świętach, zgrzytając zębami, spłacać je z całą obfitością procentów.
Wojtek od kilku lat nie obchodzi świąt. Uważa, że ich pierwotny sens się zatracił, albo w ogóle go nigdy nie było i z rozbawieniem cytuje mi Dąbrowską:
„Nie znoszę tych wszystkich obrządków, przy których głównie idzie o to, żeby się najeść i napić. I żeby klechy miały okazję do pokazywania swoich magicznych sztuk.” *
Obecne święta są jego drugimi świętami poza Polską i strefą zimna. Pierwsze spędzał w Argentynie w San Ignacio Mini.
Wspomina je zresztą z sentymentem.
- Zaprosiła mnie tak ad hoc rodzina Cablerów. To była bardzo egzotyczna wigilia w ogrodzie, skromna, ot taki zwykły grill. O północy były życzenia, szampan, prezenty i fajerwerki.
„Jest grudzień, a więc lato, wokół rozkwita bujna zieleń, słońce upalne pali skórę, a ja tęsknię do śniegu, do choinek rozstawionych na placach naszych miast, tych zwiastunów zbliżającego się Bożegonarodzenia.” (...)
„Przyjechali Polacy na pasterkę! Jest hrabia Zamoyski z żoną, panowie Barski i Gebertner, płoną radośnie świece, białych garstka, świątynia pełna Murzynów. Zamiast „Wśród nocnej ciszy” rozlega się krzyk z setek czarnych gardeł, który ma być kolędą.” **
Do Wojtka pan Gebertner się nie wybiera mimo to zdecydowanie nie tęskni jak autor powyższych słów za śniegiem i za świątecznym aromatem. Wręcz przeciwnie. Dziwi się, że ulice w Sidi Ifni, w jak by nie było muzułmańskim kraju, przystrojone są gwiazdkami.
- Może to pod turystów, którzy na święta tłumnie uciekają z Francji i Hiszpanii, a nawet bogatej Szwajcarii do Maroka i Marokańczycy chcą aby poczuli się jak u siebie w domu? – delikatnie sugeruję.
Drapie się po łysej głowie. - Być może, niemniej jak widzisz, cywilizacja zachodnia jest bardzo ekspansywna, te wszystkie hallowiny, walentynki... Wcale mnie nie zdziwi jak za kilkanaście lat, z minaretów w przerwie pomiędzy modlitwami, będą puszczać kolędy.
Nie rozumie też Nowaka. Widać Kazimierz Nowak nie był do końca outsiderem – mówi z przekonaniem. - Czytając jego książkę, wielokrotnie zauważyłem, że wielu rzeczy nie rozumiał bądź nie dostrzegał, a powszechnie występujące zjawiska opisywał jako egzotykę:
„Tego dnia osada robotnicza ożywa, kobiety przymierzają perkale, robotnicy cieszą się kupionym używanym kapeluszem i frakiem, który kiedyś jakiś kelner z podłej restauracji wyrzucił na śmietnik. (...) Jak wszędzie w Afryce, tak i tu wokół kopalni widać farmy i pastwiska, a przede wszystkim wiele sklepów, w których Murzyni zostawiają zarobione pieniądze. Każdy pracodawca opłaca swych murzyńskich robotników gotówką i żywnością, inaczej ludzie ci wymarliby chyba z głodu. Wprost od kasy zdążają ku sklepom. Posiadając kilkanaście szylingów w garści, chcieliby zakupić wszystkie towary w sklepie. Oglądają koce, bieliznę, jedwabie, gramofony, zegarki i taniutką biżuterię czeską. Wybierają, przebierają, grzebią między towarami, a w końcu kupują to, co najbardziej nęci ich wzrok, a najmniej potrzebne jest im do życia. Trzeba mieć anielską cierpliwość, aby być sprzedawcą w takim sklepie, ale w zamian za trudy poniesione w takim targowym dniu wypłaty można spokojnie przez cały tydzień odpoczywać i nie troszczyć się o klientów.” **
W powyższym nie ma nic niezwykłego panie Kazimierzu?
Jakby poszedł pan do europejskiego marketu i przyglądnął się klientom, dokładnie to samo by pan ujrzał, zupełnie jak w lustrze, szczególnie przed świętami...
Ba, opisani Murzyni wydawali zarobione. Jaśnie oświeceni Europejczycy poszli dalej, wydają przeważnie to, co dopiero mają zamiar zarobić – ot taka delikatna różnica, drogi panie Kazimierzu.
No cóż, jeszcze nie pogasną znicze na grobach i nie wygniją hallowinowe dynie, a markety już stroją choinki i zadręczają kupujących świąteczną muzyką. Dobrze wiedzą, że to dla nich czas żniw.
Ludzie wszystkich ras uwielbiają kupować zupełnie niepotrzebne rzeczy i dlatego właśnie świat ich kocha! Kazimierza Nowaka natomiast zaledwie raczył zauważyć.
Po trochu to przykre, gdyż człowiek ten zadał wręcz kłam prawom fizyki. Dokonał rzeczy wprost nie możliwej.
Ale czy Świat go docenił?
Za jego życia – prawie w ogóle.
Obecnie? Szóste wznowienie – czyli, że książka się dobrze sprzedaje, ale...
Czy Kazimierz Nowak dorówna popularnością podróżniczemu bajkopisarzowi Cejrowskiemu, bądź supportowanej przez wszystko co możliwe podróżniczej bogini Wojciechowskiej?
Wojtek szczerze wątpi.
„Wielokrotnie słyszałem od Anglików, iż wstyd przynoszę białej rasie, gotując sobie herbatę, samodzielnie rozbijając sobie namiot. A gdzie jest pana karawana? Proszę przysłać swego boya! - ironizowano.
Żaden z Anglików pojąć tego nie może, że można z amatorstwa być podróżnikiem, że można rowerem jechać lata po to, żeby wiedzieć i poznać. I to jest naród podróżników! (…)
Ale żyję, widziałem tyle, ilu stu ludzi przez życie całe nie zobaczy.” Sposób, w jaki podróżuję, zmusza mnie do korzystania z produktów miejscowych. (…)
Są wprawdzie ludzie, którzy przez Saharę jadą i zajadają lody, piją mrożone napoje, spożywają tuziny konserw, nie są to jednak wolni koczownicy Sahary, jak ja. To niewolnicy swych wygód, którzy trzymać się muszą utartego szlaku. **
Panie Kazimierzu, ziemia nie lubi po prostu ludzi, którzy nie tańczą tak jak ona zagra. Nie lubi ich rząd, prawo. Nie lubią ich religie. Nie są podatni na indoktrynacje, więc są wręcz dla ustalonego porządku niebezpieczni. Ciężko jest ich do czegokolwiek zmusić groźbą lub zachęcić nagrodą. W ogóle nic z nimi nie można zrobić i generalnie nie ma z nich żadnego pożytku.
- Daniel, co tobie? – zaniepokoiła się pani Barbara. – Skąd ci się wzięło dzisiaj na takie sentymenty?
- Tak – westchnął – cóż, nie jestem szczęśliwy. Postawiłem, uważasz, w życiu na jedną kartę. Na miłość. I przegrałem.
- Bo ty może i Bodzia, i Michasię chcesz mieć zanadto przy sobie – rzekła. – Nigdy nie idziesz z nimi w ten świat, w którym oni chcą żyć.
Ja tego świata nie uznaję... ” - zdecydowanie odpowiedział Daniel siostrze.
* * *
Marcinowi niezbyt spodobało się w Maroku, ale trochę odpoczął od pracy i Anglii. Wczesnym rankiem miał autobus do Marakeszu.
Wojtek dopiero koło południa opuścił położony tuż przy samej plaży wygodny hotel, i wyjechał za miasteczko.
Swój pałac postawił na plaży, w malowniczym miejscu, gdzie masyw Antyatlasu ostrym pazurem wchodzi do oceanu.
W linii prostej ma jakieś 5 kilometrów od rezydencji Jousefa. Można więc powiedzieć, że są sąsiadami.
Nie przejmuje się, że postawił go na piasku.*** Jeśli przyjdą deszcze i wezbrą potoki – tłumaczy – przeniosę się po prostu gdzie indziej. Ot takie małe urozmaicenie.
A zresztą... - dodaje po chwili – byłeś może w Poinearii? - Wzruszam ramionami. - No wiesz w Rumunii. Na zamku słynnego Draculi? - wyjaśnia. - Przepiękne miejsce ale niewiele z zamku ostało mimo, że postawiony został na skale.
Vlad Palownik stracił głowę, a cztery wieki później zamek runął w przepaść.
Jak widzisz nic nie jest nam w stanie zapewnić bezpieczeństwa, jeśli nie mamy go w sobie. Fundusz Emerytalny padnie, na akcjach możemy wyłącznie stracić, a nawet jeśli zarobimy bardzo, bardzo dużo, postawimy sobie twierdzę i otoczymy się ochroną to konkurencja lub państwo może czasem na naszym majątku położyć rękę – tłumaczy i za przykład podaje casus Romana Kluski.
Pytam go jak sobie radzi jako nomad.
Wyciąga książkę** i odpowiada mi tradycyjnie cytatem:
„- Czy pan nie boi się lwa? A takiego lamparta? A tych żmij i innych potwornych węży? - tym podobne pytania zadają mi ludzie ludzie czy to tu w Afryce, w Europie, czy w Azji Mniejszej. Zawsze wtedy wyrywa mi się odpowiedź jednakowa: boję się jedynie stworzonego przez ludzi świata cywilizowanego, pełnego wiz, kaucji, urzędników emigracyjnych, gwarancji i innych nowości mających niby ułatwić życie i zwiększających „wolność” cywilizowanego człowieka. Każdy dzień na świecie przynosi nowe prawa, ustawy, rozporządzenia...” (...) „Życie prawdziwego człowieka puszczy nie jest złe.(...) Wokół dżungla rozbrzmiewa setkami głosów. Rechot żab przerywa potężny ryk żerujących lwów, to znów dolatuje gwara ptactwa spłoszonego przez dzikiego kota. Poza tym cisza rozkoszna, ani warkotu maszyny, ani dźwięku dzwonków tramwajowych, ani nic co by przypominało o cywilizacji, która tak szarpie nerwy i z młodych ludzi czyni starców ducha. A że wokół czai się śmierć, że pośród traw pełzają kobry, ze ryk lwa rozkołysał drzewa, to nie straszne wcale. Można się przyzwyczaić do tego szybciej niż do bezrobocia, patrzenia na codzienną nędzę rodziny(...)” **
No dobrze, a jak z jedzeniem – przerywam mu. - Nie tęsknisz do własnego chleba na zakwasie?
Uśmiecha się. - A wiesz, dziwne, ale nie. Zresztą jem niewiele, dużo mniej niż jadłem w domu - i wylicza – wczoraj np. zjadłem śniadanie (patrz fotki), w południe kilogram mandarynek, a na kolacje ugotowałem zupę jarzynową, ale wyłącznie dlatego, że trzeba było coś z zakupionym kalafiorem zrobić. Właściwie to nie chciało mi się jeść.
W sumie ludzie na zachodzie przesadzają z jedzeniem. Czy obiad koniecznie musi się składać z przystawki, zupy, dania głównego obowiązkowo z winem żeby się lepiej trawiło, deseru, kawy i koniaczku? - retorycznie pyta. - Jak nic, jest to wymysł chciwego restauratora. Bo czy do zaspokojenia głodu potrzebny jest ten cały cały savoir vivre, kryształowe miseczki do płukania palców, widelczyk po prawej nóż po lewej, łokcie tak a nie inaczej?
No i po co ten cały masochizm, jak człowiek i tak pochłania to wszystko pośpiesznie, a potem w sukurs muszą przyjść mu panie aktorki reklamujące w tv przeróżne leki na wzdęcia, zgagi etc
Ale świat kocha restauratora i błogosławi wraz z paniami magistrami z aptek jego konsumentów.
Przez okna i szczeliny w drzwiach wpadał przenikliwy wiatr. Gwiazda zajrzała przez otwór okna.
- I co? - zapytała. - Co myślisz o życiu pustelnika?
Połyskiwała delikatnie, patrząc na mnie kpiąco.
- Jest mi dobrze - odpowiedziałam. - Nawet lepiej niż dobrze... Jestem zachwycona i czuję, że życie pustelnika uwolnionego od tego, co nazywa się dobrami i przyjemnościami życia jest najcudowniejsze na świecie. ****
Zastanawia się tylko czasem czy Świat go kocha... Ale co tam Świat!
Ważne, że Wszechświat go uwielbia!
---
* Maria Dąbrowska – „NOCE i DNIE”
** Kazimierz Nowak - „Rowerem i pieszo przez czarny ląd” - wydawnictwo SORUS
*** Ewangelia wg Mateusza rozdział 7
24 Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. 25 Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. 26 Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. 27 Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki'. 28 Gdy Jezus dokończył tych mów, tłumy zdumiewały się Jego nauką. 29 Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak ich uczeni w Piśmie.
**** Alexandra David Neel - Mistycy i Magowie Tybetu
Sidi Ifni (do 1969 roku hiszpańskie Santa Cruz del Mar Pequeño) niezbyt urokliwe ale spokojne i w końcu można wylegiwać się na plaży io oddać lekturze książki, fascynującego reportażu Suketu Mehty: 'BOMBAJ - Maximum city', który przywiózł mi Marcin - polecam.
Dość sporo emerytowanych turystów, głównie z F, przybyłych przeważnie camperami. Nie wiem czy to ukon w ich stronę, czy też dla siebie (och ta cywilizacja zachodnia jest nader ekspansywna) ulice udekorowane sa gwiazdami betlejemskimi z ogonem.
Na bazarze można kupić kolczatki - okazuje się, że są one jadalne!
No cóż, już starożytni dobrze wiedzieli, że najlepsze pieniądze robi się na snobiźmie.
Nie wiedzą tego nadal posiadacze płatniczych kart prestiżowych oraz rozkoszni turyści lekką rączką rozrzucając swe ciężko zarobione pieniądze na lewo i prawo, a Marokańczykom w to mi graj...
W Marakeszu nie ma prawa popytu i podaży jest natomiast niepisane prawo, które opiera się na magicznie prostej formule: nieważne jaki był koszt jego wyprodukowania, towar po prostu kosztuje tyle ile ktoś za niego zapłaci i tak np. zwykła marokańska herbata, która kosztuje 2 góra 5 dirhamy gdzie indziej, w miejscu tzw turystycznym jej koszt wzrasta do 25 dirhamów czyli prawie 2,5€ - to nie są ceny marokańskie, to są już europejskie!
Chociaż statystycznie, w państwach muzułmańskich, spędziłem sporo czasu – Maroko jest obecnie 8 muzułmańskim krajem – to jednak odwykłem już od tego harmidru, bałaganu, naciągania, podrywania, jazgotu, śmieci na każdym kroku i rozklekotanych autokarów.
Można powiedzieć, że Fes do spółki z Marakeszem wymęczyły mnie, ale na powrót przeniosły w egzotykę świata orientu, gdzie człowiek czuję się swobodnie i przyjemnie.
Cóż mogę powiedzieć... Europa zdecydowanie jest nudna :)
Ale... - ważna uwaga – żeby to docenić, to trzeba szerokim łukiem objeżdżać wszelkie turystyczne mekki, które jak światło latarni ćmy, przyciągają primo - turystów, sekundo – pasożytów na nich żerujących, czyli złodziei, naciągaczy, sprzedawców dragów, prostytutki obu płci... etc etc wymieniać w nieskończoność.
Marakesz zrobił na mnie dość przygnębiające wrażenie starej ladacznicy, która wciąż uważa się za ponętną dziewczynkę i żąda zbyt wygórowanych stawek. Niestety turyści te stawki płacą, a miasto takie sobie.
W mieście, naprawdę nic szczególnego nie znalazłem. I znów sprawdziło się, to o czym pisałem we wstępie do podróżowania.
Sprzedawcy byli bardzo nachalni i chamscy. Co krok słyszałem też „hasz” - tak jakbym wyglądał na jego amatora. Drożyzna, jazgot, chamstwo – po prostu bezsensu.
Ale... wystarczyło tylko wyjechać z niego i cała normalność powróciła. Jem za normalne pieniądze, ostatni hotel miałem za 3€, zauważyłem nawet, że cena za przejazdy autobusem też spadła...
Jakby napisać 10 przykazań turysty, to pierwsze z nich powinno brzmieć:
„UNIKAJ TURYSTYCZNCH MIEJSC!”, no ale z drugiej strony z kolei moje przykazanie wyklucza nieco to pierwsze: „z reporterskiego obowiązku, należy choć rzucić okiem, na to, nad czym zachwycają się miliony”, choćby li tylko po to aby wyrobić na ten temat swoje własne zdanie, a potem... czmychnąć na odludne plaże w Sidi Ifni, gdzie szum Oceanu, lazur nieba i święty spokój....
Specjalne pozdrowienia dla Państwa Tarnowskich i Maslivki od Marcina, ktróry dotarł do Marakeszu pół godziny po mnie!
Przede mną póki co jeszcze nie uciekają, ale rower stopniowo już od Hiszpanii cieszy się coraz to większym zaintrygowaniem, co mnie cieszy.
Niemniej, w Maroku niektórzy zachowują stosowny do pojazdu dystans, bo rzeczywiście nie wiadomo, kto na takim czymś jedzie, a hipotez może przecież nasunąć się wiele...
Tylko nieliczni decydują się zagadać.
Do Afryki przybyłem o 8:30 i okazało się, że za wcześnie. Sklepy pozamykane, a jedynie czynne mobilne kantory, w których kurs dirhamy jest całkiem przyzwoity więc skorzystałem.
Natomiast granica hiszpańskiej autonomii Melillii z Marokiem prześmieszna, gwarno i tłoczno jak na bazarze i do złudzenia przypomina granicę Brazylii z Paragwajskim Ciutad del Este.
Co prawda tam to już w ogóle nikogo nie kontrolowali, ale i tutaj mam dobrą wiadomość dla niepłacących w UE alimentów tudzież uciekających przed temidą.
Ze strony UE przy wyjeździe żadnej kontroli.
Natomiast służby marokańskie oczywiście skrupulatnie wszystko do komputera wprowadziły, bo co jak co, ale porządek w Maroku przecież musi być – patrz fotki – niemniej nie sądzę, żeby przejmowali się problemami europejskich organów ścigania.
Mimo dużej ilości pieszych i samochodów, przekroczenie granicy zajęło – bo ja wiem – może najwyżej 10 minut!
W końcu odetchnął też mój portfel. Nareszcie ceny dla posiadaczy zwykłych kart płatniczych a nie tylko dla tych od złotych wzwyż!
Koszt kilograma mandarynek to 30 centów, chleb beretka 20 centów, ropa to z kolei 60 centów. Nie wiem jak popularna 95, bo na każdej stacji, sprzedawcy odsyłali mnie do następnej.
Oczywiście nie trzeba kupować jej na stacjach. Po drodze co kilka kilometrów jest mobilna stacja benzynowa oferująca ropę i benzynę tańszą – patrz fotki.
Czy może być gdzieś zatem lepiej?
Droga z wybrzeża do Saki za Tangerem mozolnie pnie się w górę przez malownicze skądinąd góry. Nie byłem w stanie przejechać dziennie więcej niż 50 km, zwłaszcza, że trzeba było po nocy do 11:30 suszyć namiot.
Kondensacja pary wodnej jest tak duża, że namito po nocy i od wewnątrz i od zewnątrz jest po prostu mokry, przy czym bardzo niewielki, na ten efekt ma oddychanie.
Namiot już kilkanaście minut po rozłożeniu jest wilgotny! Po prostu występuje najzwyklejsze zjawisko punktu rosy, zresztą w tych warunkach klimatycznych, zbawienne dla ubogiej rejonach roślinności, która jako tako, nędznie bo nędznie, ale może dzięki temu przeżyć, co nie zawsze jest pożądane przez podróżnika.
Niezwykle bowiem upierdliwe są rosnące w tych rejonach ciernie. To obrzydliwe rośliny, które tak potrafią się zaczepić, że oderwać się od nich jest niezwykle trudno.
Na szczęście aż takich perypetii z nimi nie miałem: '
„Droga, którą wybrałem, okazała się jeszcze gorsza od tej, którą przebyłem do Toritu. Zaczęło się istne piekło z cierniami, które seriami wbijały się w mocno już zużyte micheliny.”*
Guercif nudne i turyści tam nie docierają, zatem i Marokańczycy nierozbisurmanieni i ceny normalne, a nie z księżyca!
Niestety znów był problem z bicykletą. Po pierwsze, bilet do Fesu kosztował 5€ - czyli w porównaniu z Hiszpanią podobnie.
Ale... za bicykletę należało zapłacić prawie drugie tyle. Czyli przejazd niecąłe 200 km kosztował mnie 10€, a nie jak w Hiszpanii 7€.
Ale to nie koniec na tym. Na początku to w ogóle wyglądało, że za luksus podróżowania z bicykletą zapłacę nie 10 lecz prawie 30€!
Roweru bowiem nie można to środka. Pan kasjer wytłumaczył mi, że kiedyś można było, ale po sprywatyzowaniu kolei już nie można i rower trzeba nadać jako przesyłkę i jedzie on wygodnie specjalnym wagonem – nie każdy skład oczywiście taki wagon posiada, zatem po pierwsze musiałem czekać do 22:30, bo wtedy takowy pociąg miał jechać, a po drugie za bicykletę, pan bagażowy zaśpiewał 200 dirhamów (18€) i to pod warunkiem, że pomogę mu ją załadować do wagonu.
No i powstała sytuacja patowa i sprawa poszła do wyższej instancji czyli zawiadowcy stacji. Najpierw deliberowali nad obniżeniem do 100, na co bagażowy przystał, ale ja upierałem się, że więcej niż 50 nie zapłacę, wobec tego co zostało ustalone: Pan bagażowy wpisał tylko na kwit bicykletę jako 10 kg, a ja z kolei zobowiązałem się przyczepkę z bagażem (33kg) przemycić do pociągu i jakoś gdzieś upchać.
Nie było łatwo, ale udało się do Fesu o 2 w nocy dotrzeć.
No i co dalej... Hotelu szukać i płacić za kilka godzin bezsensu.
Jeździłem zatem po nocnym Fezie, a jak nad ranem zrobiło się jeszcze zimniej, skorzystałem z przepysznej marokańskiej herbaty z miętą na autobusowym dworcu, na którym życie toczy się przez całą dobę.
Fes – zatrzymałem się w nędznym, ale o niebo sympatyczniejszym w porównaniu z Marsylią, hotelu Parc. Mieści się on na medinie, a jego koszt po niewielkim targu wyniósł 15€ za dwie doby.
Bardzo dawno, tzn przez cały czas podróży nie byłem nagabywany przez naciągaczy.
Niestety, Fes jak ćmy przyciąga turystów, więc i naciągacze na każdym kroku. A to chcą coś sprzedać, a to zaciągają do synagogi, a to znów coś chcą pokazać innego lub oprowadzić. Bardzo mnie to męczy, no ale takie już są uroki turystycznych miejsc, dlatego jak tylko można, z takich miejsc należy się jak najszybciej wynosić.
* „Rowerem i pieszo przez czarny ląd” - wydawnictwo SORUS

© Copyright 2011 W drodze...
All Rights Reserved.
Wykonanie strony: RevolWEB
Dodaj komentarz: