
'The world is a book.
Those who don't travel
read only one page.'
----
- St Augustine
Król Maroka Muhammed VI, to – jak już wcześniej pisałem – nowoczesny monarcha. Dobrze wie, że na turystyce świetnie się zarabia, dlatego otworzył Maroko jeszcze bardziej na inwazję zachodniej stonki.
Jego celem – chyba już osiągniętym – to 10 milionów turystów rocznie!
Ale tak naprawdę Maroko, poza atutami cenowymi, nie ma specjalnie czym kusić turystów.
Kraj jest bylejaki.
Wybrzeże nieszczególne, poza tym totalny brak atrakcji akwafluwialnych typu nurkowanie czy choćby przepłynięcie łódką i podziwianie z niej zachodu słońca.
Jedynie w Sidi Ifni amatorzy surfowania mogą wziąć lekcje czy wypożyczyć deskę. Ale to bardzo mało, w porównaniu np. z Egiptem.
Oczywiście, jak ktoś nigdy nie widział wielbłąda i piasku, to z całą pewnością wielką atrakcją będzie przejechać się po wydmach w Merzudze czy Mhamid.
Generalnie jest to, zważywszy na bliskość i brak bariery językowej, idealny kraj dla średniozamożnych lub nawet będących na zasiłku Francuzów.
Dlatego zupełnie nie dziwi, wielka rzesza emerytów francuskich rozbijających się camperami zimową porą.
Mnie osobiście Maroko rozczarowało. Oczekiwałem od niego większej egzotyki, a to jakby napisał Makuszyński: jeszcze nie Europa ale już nie Afryka.
Takie właściwie nie wiadomo co.
Oczywiście, nie wszystko jest na NIE!
Bardzo malownicze są drogi przez przełęcze – w tym wyjątkowy Dades Gorges.
Wspomnianemu wcześniej ośrodkowi narciarskiemu, też należy uchylić czoła – a będzie jeszcze lepiej.
Marakesz – w sumie też najgorszy nie jest.
Ale poza tym nuda...
STUDIA MIĘDZYKULTUROWE cz. III
Wracając z ekskluzywnego SPA w Milano, zastanawiałem się czy lepiej jest myć się gdzieś w balii, w jakiejś lepiance czy właśnie korzystać z możliwości jakie daje nowoczesna metropolia czy świat zachodni.
I naprawdę jest to tak trudno zestawić czy skonfrontować, ba nawet nie wiem czy mają jakikolwiek sens moje porównania.
Wszystko bowiem zależy od punktu widzenia, siedzenia, nastroju i klimatu.
Będąc w Maroku, niektóre rzeczy bardzo do mnie przemawiały, natomiast bez żadnych problemów odnalazłem się z powrotem w cywilizacji i absolutnie nie przeszkadzało mi to, że dostałem oprócz przepysznej pizzy, serwetkę do położenia na kolana, aby się nie pobrudzić jak coś spadnie z widelca.
Na stole stały lśniące szklanki, o które niezwykle trudno by było nawet w lepszych marokańskich lokalach, a sztućce były również lśniące i widelce miały wszystkie zęby.
Niemniej...
Była mowa już wcześniej o budownictwie, więc tylko tak przypomnę. Zazwyczaj budynki są idealnie wkomponowane w krajobraz.
Mimo że miejscowi budują jak chcą, zapewne bez projektu, to ich dzieła pasują do otoczenia.
Oprócz domów biało-błękitnych np. w Sidi Ifni, przeważnie są malowane na kolor ochry, co powoduje, że zlewają się z czerwono-rudym krajobrazem.
Niestety idzie nowe.
I o ile nadal buduje się wg starych wzorców, to coraz częściej używa się „nowoczesnych” i trwalszych materiałów, np. typu pustak, zamiast cegły z błota.
Przypomina to do złudzenia precedens podhalański, gdzie wiele obiektów wznosi się obecnie murowanych, a jedynie dla zachowania pozorów tradycyjnego budownictwa, obkłada się je imitacją płazów.
To samo dotyczy pokryć dachowych, gdzie gont został zastąpiony aluminiowo-bitumiczną dachówką gontopodobną.
Niby tyle się obecnie mówi o ekologii, a mimo to domy coraz częściej budujemy niezdrowe!
Warto nad tym się zastanowić, gdyż przeważnie w domu spędzamy większą część życia!
Oczywiście są od tego wyjątki:)
A propos ekologii, patrząc na liczne ptasie gniazda umiejscowione w marokańskich domostwach, przypomniały mi się liczne incydenty z PL, gdzie albo robotnicy zaklejali styropianem gniazda, albo były one niszczone, bo przeszkadzały (czytaj srały).
Niestety widać Polacy zapomnieli wiele już rzeczy, w tym i 'Moją piosnkę II' Norwida.
Tutaj jest inaczej.
Wie bowiem stary poczciwy Berber, że ptak to też stworzenie Allaha, a poza tym jakie pożyteczne, bo zjada muchy i inne szkodniki, które zagrażają jego plantacji jabłek czy migdałów.
Dlatego ptasich gniazd się tutaj nie niszczy!
Pozornie wygląda na to, że Marokańczycy są bardzo religijni. Jak jest naprawdę, to wie tylko Allah .
Co jednak rzuca się w oczy, to bardzo duża liczba meczetów.
Nawet w małej wiosce, naliczyłem ich dokładnie 3!
Nie są to oczywiście jakieś wyjątkowo reprezentacyjne obiekty,obok których stoi najnowszy model audi czy mercedesa, ot zwykła sala z dobudowanym krzywo minaretem.
Poza tym – czego nie słyszałem wcześniej – bardzo często wspominają imię Boga - Bismillah - przy przeróżnych czynnościach, np. sprzedaży, wsiadania do autobusu czy dzielenia chleba lub rozlewania herbaty.
RODZINA! - Rozmawiałem po drodze z pewnym marokańskim terapeutą. Organizuje on terapie leczenia uzależnień w głębi Sahary.
Oferta skierowana jest głównie dla osób z zachodu.
Pytałem o uzależnienia w Maroku. Mówi, że nie są to duże liczby i argumentuje to innym, zdrowszym modelem rodziny.
Młody człowiek nie jest pozostawiony sam ze sobą.
Cały czas dorasta w społeczności.
Trzeba bowiem wiedzieć, że w Maroku często rodziny żyją w tzw kasbah – są to można tak powiedzieć - jakby wielorodzinne bloki czy kamienice, gdzie wszyscy się znają, wspólnie piorą, gotują i wspólnie wychowują dzieci.
Więc nawet jak się zdarzy, że matka z ojcem wyjadą, to są babcie, wujkowie, ciotki etc.
Dziecko nie jest więc pozostawione na pastwę losu. Jest stale pod kontrolą i opieką.
W takich kasbah kwitnie też życie towarzyskie, zupełnie inaczej niż tak jak ma to miejsce w EU, gdzie człowiek przychodzi z pracy i zamyka się w czterech ścianach, ba nawet najbliższych sąsiadów nie zna.
Faraonowie budowali sobie wytworne pośmiertne pałace.
Prosty człowiek idzie do piachu Sahary i nawet nie znać za bardzo gdzie jest jego grób.
Grób zwykle oznakowany jest dwoma wbitymi na sztorc kawałkami płaskiego kamienia.
Ale idzie nowe. Czasami pojawia się jakaś na nich inskrypcja. Niemniej, tak czy inaczej daleko jest im jeszcze do polskich grobowców, nie mówiąc już o francuskich „kaplicach”.
Czy jest coś zatem co nas łączy?
Zapewne bardzo wiele.
Od śmiecenia po umiłowanie nic nie robienia i rozrywki.
Przodują w tym i panie i panowie bez różnicy.
Śmieci wyrzuca się więc gdzie popadnie.
Mężczyźni siedzą na plotkach w kafejkach sącząc herbatę bądź kawę, a panie – jak to w islamie – przesiadują w tym czasie w domach i oglądają najnowszy odcinek telenoweli, przegryzając go łakociami.
Seks jest w Maroku tematem tabu – więc nie wypada go i tutaj poruszać.
Piosenka poniżej do znudzenia była odtwarzana na ulicach.
Bismillah – czyli Allah wspaniały/cudowny – zapraszam do jej wysłuchania.
Maroko posiada kilka ośrodków, niemniej jedynym wartym odwiedzenia czy wzmianki, jest stacja Oukaimeden.
Położona jest na wysokości ok. 2.600 mnmp, 80 km od Marakeszu.
Mimo bliskości z aglomeracją, nie posiadając własnego transportu, dojazd do niej jest nieco skomplikowany.
Najpierw bowiem trzeba dojechać 40 km za 0,5€, podmiejskim autobusem linii 25 do miejscowości Ourika - co oczywiście nie stanowi żadnego problemu.
Schody zaczynają się dopiero właśnie w Ourice.
Stąd do ośrodka można się wyłącznie dostać taksówką zbiorową zwaną tutaj Grande Taxi.
Są to duże wysłużone mercedesy pomalowane zazwyczaj na kolor beżowy, do których upycha się 6 osób + kierowca.
Przyjemność taka kosztuje 30DH (ok 3€ za kolejne 40 km) ale...
Kierowca kasuje od razu za dwie strony, bez względu na to czy będzie się z nim wracać pod koniec dnia.
Droga z Ouriki jest malownicza.
Taksówką najpierw jedzie zieloną doliną, a potem niesamowitymi serpentynami pnie się po zboczu, z ok 500 mnpm na wspomniane wcześniej 2600.
Czyli reasumując, pokonuje ciut ponad 2000 metrów w pionie!
Dla porównania to ponad 2x jak z Kuźnic na Kasprowy Wierch, a także więcej niż z Łysej Polany na Rysy.
Jest niedziela.
W ośrodku tumult jak w dzień targowy z dodatkowymi promocjami.
Chociaż dotarłem na 13-tą, najmniejszego sensu nie było aby przepychać się na stok.
Zasięgnąłem jedynie języka odnośnie cen, warunków i wynająłem polecane przez recepcjonistkę z czterogwiazdkowego, schronisko Francuskiego Towarzystwa Alpinistycznego za 10€.
Pokój dostałem 6 osobowy, ciepły.
Łazienka czysta, z gorącą wodą była tuż obok.
W pokoju mieszkałem natomiast sam.
Popołudniem spędziłem spacerując po okolicznych szczytach.
Oukameiden położony jest na wypłaszczeniu, otoczonym dookoła górami.
Można w nim znaleźć kilka ośrodków świadczących usługi hotelarskie.
Na zboczu znajduje się też kilkadziesiąt domów prywatnych – wynajmowanych turystom.
Posiada dość dobrą infrastrukturę gastronomiczną oraz liczne wypożyczalnie sprzętu sportowego, rozkładane co kawałek przy drodze na stok.
Sprzęt oczywiście nie zachwyca ani nowością ani stanem, ale jak najbardziej nadaje się do jazdy.
Ceny w zależności od umiejętności w targowaniu.
Za swoją deskę i buty zapłaciłem 5€.
Karnet na wyciąg natomiast nie podlega negocjacjom.
Cena jego jest stała i wynosi 9 € za cały dzień (10:30-16:30) bądź 5€ od 13-tej.
Jak co niektórzy mnie znają, pod okienkiem kasowym byłem już o 10-tej czyli pierwszy!
Zamartwiałem się tylko niepotrzebnie nad ciuchami.
Pogoda była śródziemnomorska, a wypożyczalnie poza sprzętem mają w ofercie bogatą kolekcję ubrań sportowych, wśród których można wypatrzyć było prawdziwe rarytasy retro:
np. przecudnej urody kostium jednoczęściowy w kolorze wypłowiałego różu.
Okazało się, że w zupełności mi wystarczyły własne wypłowiałe spodnie+kalesony himountain, a na górę, koszula+polar+ortalion himountain.
Rękawiczki natomiast miałem rowerowe. Być może nie było w nich nadto jednak komfortowo, niemniej nie było też potrzeby skorzystać z podgrzewaczy chemicznych, które miałem na wszelki wypadek przygotowane.
Maslivka się zapewne ucieszy – nie wziąłem na stok podróżnego kapelusza. Został w Marakeszu. Zastąpiła go czapka tzw bejsbolówka.
A propos kapelusza...
Nie pamiętam już gdzie, być może na Słowacji, spotkałem się z pewną panią na nartach, która z gracją szusowała właśnie w kapeluszu.
Prezentowała się bardzo wytwornie.
No bo kto powiedział, że na nartach w kapeluszu nie wolno?!
W Maroku, co już było wielokrotnie mówione, nikt do stroju nie przywiązuje większej wagi.
Na stoku było podobnie.
Każdy jeździł w tym czym dysponował. Nie było więc absolutnie żadnych czarnych pająków, coolmanów, dominowały natomiast, popularne wśród młodzieży, dekatyzowane dżinsy.
Myślę, że nawet jak by się pojawił jakiś pająk, to nie zrobiłyby żadnego wrażenia na pozostałych użytkownikach tras.
Niemniej Rosjan tam nie było.
No cóż, w tym roku Marok znów boryka się z suszą. Wraz z brakiem opadów deszczu, należało się z tym liczyć, że na górze nie będzie zbyt wiele śniegu.
Spadło go tej zimy niezbyt wiele.
Miałem to szczęście, że 2 dni wcześniej był świeży opad – 10 cm. Niewiele to jednak zmieniło.
U góry, trzeba było kawałek zejść stokiem, bo było więcej kamieni niż śniegu.
Śnieg – gips, co interesujące, mimo dodatniej temperatury i nasłonecznionego stoku, utrzymywał przez cały dzień tę samą konsystencję!
Widać Maroko otrzymało mało, ale za to śnieg z górnej półki.
Ale niekoniecznie tak jest w każdą zimę, o czym świadczą ustawione przy drodze 2 metrowej wysokości, biało-czerwone metalowe słupki.
Miejscowi mówili mi, że w 2009 było ponad 2 metry śniegu.
Mniejsze domy były podobno zasypane wtedy po dach.
Nie było też najgorzej w 2011. Jedynie 2010 i obecny był bezśnieżny.
Czyżby dostawa tylko co dwa lata?
Główny stok (ok 1.700m) położony jest w żlebie. Posiada dwuosobową kanapę Doppelmayera.
W związku z brakiem nowoczesnych systemów wspomagających wsiadanie i wysiadanie sunie bardzo turystycznie.
Wyjazd na górę (3.265 m – przy różnicy poziomów 628 m) zajmuje prawie 20 minut!!!
Oczywiście, jak ktoś zmarznie, może już wysiąść po 9 minutach, w okolicy połowy stoku.
Stok jak podają na tablicy jest o średnim nachyleniu 42,84% zaś przewyższenie ma DOKŁADNIE 628,01 metra.
Jak oni tę jedną setną część metra wyliczyli?
Pozostanie dla mnie tajemnicą!
Z samej góry zjechałem jedynie 3 razy, około 8 razy z połowy. Stok, do miejsca, w którym kończy się orczyk, jest słusznego nachylenia, więc jest wyłącznie dla odważnych.
Dodatkową trudność stanowił twardy śnieg, wystające gdzieniegdzie kamienie i muldy, które były już od samego rana.
Stokiem póki co zarządza ONEP (Office National de l'Eau Potable - taki zakopiański SEWIK), który ma na stanie dwa czynne ratraki, ale przy tak mizernej ilości śniegu nie ma technicznych możliwości aby stok wyrównać.
Mimo poniedziałku i trudnych warunków, śmiałków nie brakowało.
Niektórzy radzili sobie rewelacyjnie.
Niestety większość, nie radziła sobie, bądź radziła bylejak. Wobec czego nie rzadko zdarzało się, że nagle wyprzedziła mnie czyjaś narta...
Na stoku dominowali Marokańczycy, bądź Francuzi marokańskiego pochodzenia, co na jedno wychodzi.
Gringów było niewielu.
Jak już wspomniałem, nie było też Rosjan!
Ale UWAGA idzie nowe!
Król Maroka Muhammed VI, jest bowiem nowoczesnym monarchą, sam jeździ na nartach, a poza tym sprawy rozwoju turystyki leżą mu bardzo na sercu!
A ponieważ w Maroku nie ma jeszcze cwaniaków eko-oszołomów, Oukaimeden przy udziale Kataru, Kuwejtu i ZEA przygotowuje się na kompleksową i poważną rozbudowę.
Więcej o tym tutaj
A jak te inwestycje będą wyglądać, można zobaczyć tutaj
A tak na marginesie, czy to nie przykre, że jedyna polska stacja o charakterze alpejskim upada, zamiast iść śladem krajów, które są turystyką zainteresowane!
Niedawno Słowacy negocjowali w sprawie zakupu PKL.
Rząd pod naciskiem cwaniaków eko-oszołomów i licznych protestów, odroczył prywatyzację spółki.
Bo lepiej niech stacja upadnie, ale zostanie w polskich rękach, niż miałby nią zarządzać Słowak!
Na stację ma poza tym wielką chrapkę gmina Zakopane, co tym bardziej niczego dobrego nie wróży.
No cóż, nie tylko Słowacja wyprzedziła Polskę, ale zapewne niedługo zrobi to Marok.
Poza tym w Afryce można korzystać ze śniegu także w Egipcie, Kenii, Tanzanii, Etiopii, Ugandzie oraz RPA – oczywiście w tym ostatnim kraju - naszym latem.
Czy zatem nie przyjemniej zamiast korzystać z nudnych i drogich Alp zażyć trochę egzotyki orientu?
Przez całą drogę wiał silny boczny wiatr z prawej strony.
Co interesujące, droga wielokrotnie skręcała w lewo, a on zamiast wiać w plecy, permanentnie trzymał się mojego prawego boku, przez co jechało się mozolnie.
Poza tym Merzuga położona była na ok 700 m npm, zatem do Ourazazat (1150 m npm) wciąż było pod górę.
Po dwóch dniach, w miejscowości Tinejdat, spotkałem Shawn'a - sympatycznego Amerykanina na emeryturze, przemierzającego podobnie jak ja rejony Atlasu na rowerze.
Wspólnie wynajęliśmy pokój najpierw w przepięknej Auberge „Le Petit Nomad” z klimatyzacją w miejscowości Tinghir, a następnie w hotelu „Panorama” położonego w malowniczym Gorges Dades.
Niestety właśnie w „Panoramie” wraz z rzeczami wyprałem aparat fotograficzny.
Nocą, mimo że grzejnik pracował przez całą dobę, temperatura spadała w pokoju do +12 na zewnątrz było -2!
Marokańczycy zgodnie mówią, że nie pamiętają takiej zimnej zimy!
Shawn spieszył się przeokrutnie do Marakeszu, choć samolot miał dopiero 5 marca, ja zostałem jeszcze przez dwa dni w „Panoramie”, aby nabrać sił przed czekającymi mnie serpentynami.
Pięknie kwitną o tej porze migdałowce.
Do złudzenia przypominają jabłonie.
Poza tym piękna jest ta dolina.
Warta dłuższej kontemplacji, bez pośpiechu...
Do Skoury było niewiele ponad 80 km, ale znów ten wiatr!
Więc znów bolą kolana.
Postanawiam zatrzymać się na dwa dni w prawdziwej oazie - mam nocleg ze śniadaniem za 5€ w czymś w rodzaju gospodarstwa agroturystycznego.
Pokój jest nędzny, a w nocy zimno, ale w łazience jest ciepła woda.
Śniadanie doskonałe - gospodyni sama piecze chleb – był przepyszny.
Poza tym to był prawdziwy gliniany dom, a nie jak to się niestety coraz częściej i tutaj spotyka – imitacja i cepelia – mam tu na myśli coś w rodzaju podhalańskich budynków, murowanych a obłożonych tylko drewnem.
Więcej o tym napiszę w później w porównaniach międzykulturowych.
Ze Skoury do Ourzazat to naprawdę tylko rzut beretem. Jak w pysk 40 km.
No cóż. Te 40 km przyszło mi jednak jechać aż 5 godzin i to tym razem nie ze względu na wiatr!
Po prostu napęd znów wysiadł.
Jak jeszcze było w miarę równo i powoli się pedałowało, to ciągnął.
Jak trochę bardziej w górę lub szybciej się kręciło korbą, to można sobie było kręcić a rower stał w miejscu – zupełnie jak przy zużytym sprzęgle w samochodzie.
Trochę więc pchałem, trochę jechałem, a jeszcze trochę holował mnie motocykl i tak dobrnąłem do miasta.
Nie miałem zupełnie pomysłu co dalej.
Ale ponieważ napatoczył się gdzieś przy drodze mechanik rowerowy, postanowiłem zagadać:
Chłopak był bardzo ambitny i od razu zabrał się do roboty.
I tutaj znów odniosę się do UE, gdzie np. we Francji nikt nie chciał się rowerem zająć.
Deliberowali, piętrzyli trudności...
A tu...
Oczywiście wytłumaczyłem, że trzeba zmienić korbę na łańcuch, całe tylne koło, dołożyć przerzutkę zewnętrzną itd.
Skończył o 23-iej. Za robociznę zapłaciłem niecałe 10€ natomiast za materiały 40€
Ourzazat jest czystym i przyjemnym miastem, ot w sam raz na 1 dzień postoju pomiędzy Marakeszem a Zagorą czy Mhamid.
Mieszczą się tutaj dwa marokańskie studia filmowe, które można zwiedzać i podziwiać dekoracje po Gladiatorze, Kleopatrze czy Jezusie z Nazaretu.
Ponadto 30 kilometrów w stronę Atlasu, w miejscowości Ait Benhadou, gdzie niegdyś zatrzymywały się karawany, warto też zwiedzić wpisaną na listę UNESCO Kasbah, która również była scenografią dla wielu filmów, w tym Lourenca z Arabii.
No cóż. Stanąłem na rozdrożu:
Z jednej strony miałem niecałe 200 km do Marakeszu, malowniczą trasą, o której marzyłem, a z drugiej strony 250 km do Mhamid gdzie mogłem zostawić nadbagaż i rower, skąd zostanie zabrany do PL.
Ponieważ jazda rowerem „po przejściach”, z zewnętrzną przerzutka i wciąż spadającym brudnym łańcuchem nie za bardzo mi się uśmiechała.
Wybrałem wariant B.
Mhamid okropny.
Nic szczególnego.
Piasku co prawda więcej niż w Merzudze, ale wydmy mizerne i porośnięte drzewami.
Żeby zobaczyć prawdziwą Saharę to trzeba wziąć wielbłąda lub samochód.
Największa wydma - 300 m wysokości - jest bowiem 60 km stąd.
Poza tym miejscowi strasznie pazerni.
Na drugi dzień udałem się na wydmy a potem zwiedzałem oazową Kasbah.
Dzieci nie odstępowały roweru.
Robiłem zatem za małpkę i mniejsze woziłem na platformie do bagażu.
Starszym pozwoliłem osobiście prowadzić rower.
Były bardzo szczęśliwe.
Wspomniałem wcześniej o pazerności.
Dzieci nie są pazerne, ale dorośli „uczą” je od dziecka jak „radzić sobie” w życiu.
Zaskoczyła mnie około 8-letnia dziewczynka natarczywą ofertą seksualną.
Oczywiście, z tego typu ofertami spotkałem się już niejednokrotnie.
Często bowiem w biednych krajach, wykorzystuje się w ten sposób dzieci - co wcale nie oznacza, że w UE takie patologie nie występują – niemniej ta dziewczynka zdecydowanie pobiła rekord wieku!
Było – minęło. Elegancki autobus firmy CTM zabrał mnie o 6 rano.
Żeby lepiej obserwować drogę wykupiłem niechciane miejsce na samym przodzie.
Rzeczywiście, tak jak przypuszczałem, widoki były niesamowite.
Jak już wspomniałem z Ourzazat do Marakeszu jest 200 km.
Droga przechodzi przez pasmo Atlasu i wznosi się z 1150 m npm do ok. 2200, następnie malowniczymi serpentynami schodzi na wysokość niecałe 500 metrów. Zdecydowanie pokonanie jej w odwrotnym kierunku jest dużo trudniejsze.
25 luty - a więc Marakesz po raz czwarty – niesamowite – coraz bardziej mi się podoba.
Poza tym to był najszczęśliwszy dzień w Maroku.
Klamoty zostawione.
Tylko mały plecak i tak trzymać.
Bo jak mawiał Sai Baba:
'Im mniejszy bagaż tym podróż przyjemniejsza'.
Zdecydowanie na dłuższą metę, podróżowanie z nadbagażem i rowerem jest męczące.
Mimo, że podczas całego wyjazdu dopisywała pogoda, jazda rowerem to jednak codzienna ciężka praca a nie relaks i więcej problemów niż przyjemności.
900 kilometrów poza mną – czyli „większa połowa” zaplanowanej całości.
Uff...
Merzuga – czyli dobrnąłem prawie do Algierii.
Jest 20 km stąd.
Z tarasu hotelu widać uskok tektoniczny, którym przebiega granica.
Zimno!
Po drodze nocą było nieraz -2, a w namiocie zaledwie +4. W hotelach +11, +13!
I to ma być Afryka?
Droga od Taty była już szeroka, niestety nawierzchnia asfaltu w dalszym ciągu chropowata, więc jechało się ciężko.
Poza tym po drodze, do jazdy rowerem zniechęcały upierdliwe dzieci, na które bardzo trzeba uważać, bo strasznie nęci je wykonana z prawie jedwabiu i uszyta przez Andrzeja Tarnowskiego odblaskowa chorągiewka - nota bene jedną już straciłem.
Dzieci w Maroku nauczone są kilku słów po francusku i znajomość tę namiętnie wykorzystują przy kontakcie z gringo.
Nie sposób, przejeżdżając przez wioski, opędzić się od nich.
A to chcą „one dirham” a to znów co innego. Potrafią wypatrzyć turystę już z daleka, po czym drą się: „bonjour monsieur” czy „ca va”, „ca va bien” i wybiegają na drogę wprost pod pędzący rower.
Chyba bardziej niż ciernie Nowaka potrafią rowerzyście uprzykrzyć podróż przez malownicze rejony Antyatlasu.
A propos cierni, które tak bardzo irytowały dzielnego rowerzystę. Otóż okazuje się, że pięknie potrafią zakwitnąć – patrz fotki.
W ogóle to nieprawda, że na pustyni nie ma życia.
Jeśli tylko pojawi się odrobina wilgoci, to natychmiast przyschła roślinność pięknie zakwita.
Przykładem takiej bujności, są jak wiadomo oazy. Mówi się tutaj, że palma daktylowa uwielbia mieć głowę w piekle, a nogi w niebie.
Żeby wydać obfity plon potrzebuje dużo wody, ponad 100 litrów na dobę.
Do daktyli przekonałem się dopiero w Maroku. Przedtem nie bardzo za nimi przepadałem.
Z uwagi na stosunkowo niską cenę, kupuje te najwyższej jakości – patrz fotki – są przepyszne!
Jak napisałem powyżej, dzieci są natrętne jak muchy, ale co mnie bardzo zaskakuje w Maroku, to ogromna ostrożność kierowców wobec bicyklety.
Marokańczycy uwielbiają trąbić, więc już wcześniej anonsują swoją obecność na drodze – to po pierwsze. Po drugie wymijają rower naprawdę szerokim łukiem - nie tak jak to zdarzyło mi się wielokrotnie w cywilizowanej Europie, kiedy tir przejechał od roweru na odległość dosłownie centymetrów!
Mimo powyższego, nie będę ukrywał, że choć jechałem niepośpiesznie, to po 14 dniach rower mnie wymęczył.
Postanowiłem więc zatrzymać się w Merzudze na dłużej. Wybór padł na komfortowy (wg mojej nomenklatury) hotel „Le Petit Prince” - bo skoro pustynia, nie mogło być inaczej.
Hotel położony jest tuż przy wydmach. Przyjemny z bardzo dobrym śniadaniem. Cenę po długich i dwukrotnych negocjacjach udało się w końcu oswoić.
Ale same wydmy trochę rozczarowują. Są maleńkie.
Obszar na którym się znajdują to może jakieś 3 na 15 km czyli nawet nie połowa Tatr. Wyglądają jak niewielka wyspa na oceanie.
Wokół powstała oczywiście cała infrastruktura turystyczna. Można pojeździć sobie na czym kto chce.
Do wypożyczenia są narty, snowboard, quady, samochody 4x4 no i oczywiście wielbłądy w różnych wersjach – bez lub z noclegiem lub dwoma na pustyni.
Niestety quad to droga impreza. Wg wyjściowego cennika 3h to ponad 50€. Tańszy - bo mniej więcej w tej samej cenie - ale z noclegiem na pustyni i wyżywieniem jest wielbłąd.
Zastanawiałem się nad tą ostatnią opcją, ale ponieważ na wielbłądzie jeździłem, a na pustyni już kilka razy spałem we własnym namiocie, więc co to za atrakcja nocować w zapchlonym berberyjskim?
Natomiast snowboardu, a raczej sandboardu jednak nie odpuściłem.
Deska była kuriozalna! W Polsce bym nawet na nią nie splunął – patrz fotki
Cena za wypożyczenie kosmiczna – 12€ wytargowane z 15! Dramat!
Oczywiście butów nie posiadają – bo po co?
Używa się własnych, jakie kto ma.
Czy więc warto?
Stok z różnicą wzniesień ok 100 metrów, o pochyłości porównywalnej do początku Gąsienicowej lub Łomnickiego Siodła w Tatrach.
Jak się już człowiek wydrapie - co zajmuje w zależności od kondycji od 20 do 25 minut – to już ma się wszystkiego dość.
Zjazd zaś trwa około 1,5 minuty.
Piasek dość mocno hamuje, dlatego potrzebna jest dość mocna stromizna żeby w ogóle ruszyć. A kiedy już się jest jako tako rozpędzonym, to nawet możliwe są manewry skrętu, ale trzeba to robić z wyczuciem, żeby z butów nie wypaść, albo uważać na piasek, bo jak piach deskę zasypie, to trzeba się od nowa rozpędzać.
Generalnie, to przyjemność z jazdy średnia. Natomiast egzotyka bezcenna!
W sumie, oddałem sześć zjazdów i uważam, że gdyby deska nie była tak maksymalnie zniszczona, może jakąś oliwą z oliwek pokryta, to byłoby znacznie lepiej.
Kolejny dzień przesiedziałem i przewędrowałem na wydmach.
Obserwowałem turystów.
Nie do końca ma rację Saint-Exupéry pisząc o różnicach pomiędzy dzieckiem a dorosłym.
Kiedy obserwowałem z wierzchołka wydmy dorosłych, poważnych ludzi ujeżdżających na quadach bądź motocyklach po piachu, zupełnie niczym nie różnili się od dzieci bawiących się w piaskownicy lub rajdujących na rowerkach z dodatkowymi kółeczkami po podwórku.
Gerhard, stateczny, łysiejący pan z Hamburga, - który śmieje się z polskiego „dzień dobry”, tłumacząc z rozbawieniem, że kojarzy się to mu z „gin double” - przyjechał do Maroka swoją wypasioną Toyotą 4x4. Ma wszystko. Wspaniałego Nikona z kilkoma obiektywami i filtrami. Najnowszego GPS-a ze szczegółowymi mapami pustyni, nowoczesne środki łączności, no i swoją najnowszą zabawkę: wykrywacz metalu.
Jeździ po ruinach i szuka skarbów. Pocieszne z jakim entuzjazmem opowiadał o swoich znaleziskach - kilku frankach.
A ci dorośli, którzy w Petit Princu stacjonują camperami?
Żalił mi się dziś przy śniadaniu pewien Francuz, że to miejsce jakieś zaklęte, bo żaden camper nie może chwycić sygnału satelity. No, straszna tragedia...
Naprawdę, jeśli ktoś uważa, że dorośli różnią się od dzieci jest w bardzo dużym błędzie.
To tylko nam się tak wydaje, że jesteśmy tacy poważni, co doskonale zostało zilustrowane w cytowanej na początku książce.
Niemniej dorośli od innych dorosłych często się różnią.
Była już mowa wcześniej o wyższości wschodnich toalet tupu kucanego nad europejskimi tronami.
Przekonywałem również, że podcieranie się papierem jest obrzydliwe i higienicznym rozwiązaniem jest używanie wody, co dla niektórych Europejczyków jest z kolei nie do zaakceptowania.
A oto kolejna porcja pouczających porównań, opartych na rozważaniach o praktyczności podejścia wschodu do utrudniania i robienia ze wszystkiego celebracji na tzw zachodzie, od kupy po jedzenie czy seks.
Jedzenie:
W Maroku je się skromnie. Na śniadanie chleb beretka maczany w oliwie lub konfiturze i popijany ciepłym mlekiem.
Chleb jest smaczny. I jaki wygodny w użyciu. Nie trzeba kroić w jakieś kromki. Do środka można włożyć co się tylko żywnie podoba, nawet całą kozę, ale uwaga.... Kiedy włożyłem pomidora, głowa rodziny osłupiała. No cóż, kwestia przyzwyczajenia i utartego schematu. Okazuje się, że w Maroku pomidora do chleba się nie wkłada! To mniej więcej chyba tak jakby herbatę posłodzić Chińczykowi.
Taki chleb ma jeszcze i inne zalety, piecze się go w trymiga, bo ludzie wschodu są praktyczni a nie wydziwiają z jedzeniem jak na zgniłym Zachodzie, gdzie się ludziom w d. poprzewracało i muszą mieć kajzerki, rogaliki, chlebki z foremki, posypane raz to tym a raz czym innym.
Tu nie ma żadnego wyboru.
Jest tylko chleb beretka, dla urozmaicenia w dwóch odmianach i finito! **
Oczywiście Marokańczycy znają i mają sztućce lecz dużo potraw - jak w Indiach - je się rękami.
I jest to oczywiście zdrowe podejście – rzecz jasna jak się ma czyste ręce.
Jedzenie za pomocą protez jest po pierwsze nieestetyczne, a poza tym durne! Przecież nie po to Pan Bóg dał człowiekowi rękę z palcami, żeby do jedzenia używać szczudeł. To zapewne kolejny wymysł i urozmaicenie Zachodu, który wszystko i ze wszystkiego musi robić sztukę dla sztuki.
Rękami poza tym je się wygodniej.
O ile konsumowanie zupy łyżką można uznać za praktyczne – choć czasami zupy w ten sposób możemy nie donieść do buzi stąd w restauracjach te wszystkie serwetki ochronne - to już jedzenie ryb czy kurczaka za pomocą metalowych protez jest kuriozalne i jakże męczące.
Marokańczycy jak zauważyłem są oszczędni. Kolację jak drzewiej bywało w Polsce, wyłożono wieczorem na jednym talerzu. No bo po co pani domu ma potem zmywać 10 talerzyków jak można jeść z jednego. W związku z czym nie ma potrzeby kupowania zmywarek i przeróżnych do nich corega tabs.
To samo dotyczy pościeli w hotelach.
Bo po co prać po każdym gościu jak jest jeszcze czysta?
Pierze się dopiero jak się zbrudzi i odpowiednio wymamła.
A w hotelach wg mojej nomenklatury koszmarnych – chyba nie pierze jej się wcale.
Budownictwo:
Mieszkania zwykłych Marokańczyków, to zwykłe proste domy, skromnie urządzone bez zachodniego rozmachu typu salon, sypialnie, dwie łazienki etc
Na wsiach podstawowym budulcem jest po prostu ziemia Sahary, z której formuje się cegły, a następnie suszy na słońcu. Ziemię tę miesza się także z wodą i stosuje jako zaprawę do łączenia kamienia, a także wymieszana ze słomą stanowi materiał elewacyjny, coś w rodzaju tynku o fakturze plyty pazdzierzowej.
Domy te po pierwsze są ekologiczne, a po drugie w czasie upałów, jest w nich przyjemnie chłodno.
Oczywiście domy takie, po jakimś czasie ulegają erozji, dlatego niestety niektórzy „postępowi” odchodzą od sprawdzonego i dobrego budownictwa na rzecz europejskich pustaków.
Tylko wypatrywać, aż zaczną oblepiać swoje domy niezdrowym styropianem oraz modnym swego czasu w PL szpetnym sidingiem.
Niestety, jak widać cały świat schodzi na psy. No cóż...
Ubranie:
W Maroku, przyjemnie jest mieszkać i nie jest stresujące wyjście do sklepu w brudnych spodniach czy pogniecionej koszuli. Marokańczycy do takich dupereli nie przywiązują żadnej wagi.
Nie ma też potrzeby szpanowania diorem czy innym oszołomem.
Nawet jak ubierzesz oryginalnego adidasa, to i tak nikt na to nie zwróci uwagi, bo tutaj takiego adidasa to na bazarze za kilkanaście dirhamów kupisz. Nawet jakby rząd Maroka podpisał ACTA, to będzie to tylko martwy przepis.
Zwroty grzecznościowe:
Oczywiście miłe jest „dzień dobry', „hallo” czy wschodnie „pokój z tobą”. Ale nigdy nie rozumiałem i zapewne już nie zrozumiem idiotycznego „how are you” czy „ca va”, na co się w ten sam sposób odpowiada.
Najgorsze, że i w języku polskim mamy również takie dziwadło, w postaci: „jak się masz” lub nieszczere: „cieszę się, że cię widzę”.
Ot, taki wypełniacz, aby cokolwiek powiedzieć i żeby było miło.
Jak wcześniej napisałem, w Maroku „ca va” czy „ca va bien” jest powszechnie używane ale tylko w stosunku do gringo, bo pewnie wydaje im się, że Europejczycy to uwielbiają.
Dlatego są bardzo zaskoczeni, kiedy zamiast „ca va” odpowiadam im po arabsku „szłeja szłeja”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza zgodnie z prawdą: „tak sobie” - no bo przecież bywało lepiej....
Podsumowując różnice:
TU – pozdrawia się, życząc pokoju, a nie żeby pokłapać sobie dziobem.
TU ubiera się po to by nie zmarznąć lub osłonić się przed słońcem – na Zachodzie to celebracja i sztuka sama w sobie.
TU je się by przeżyć – na zachodzie j.w.
TU mieszkanie ma być schronieniem – na zachodzie musi być koniecznie komfortowym pałacem.
Generalnie można tylko tyle powiedzieć, Świat Zachodni jest do cna zblazowany. Nawet najprostsza czynność jak toaleta czy jedzenie musi być podporządkowana przyjemności i celebracji.
---
Po tej stronie wydm, słońce zachodzi tylko raz na dobę i nie ma możliwości przesunięcia krzesełka aby zobaczyć go jeszcze raz.
Dlatego kończę by przez chwilę poczuć się na tym tarasie Małym Księciem.
Dorośli są przecież wciąż tacy naiwni....
-------
* „Mały Książę” - Antoine de Saint-Exupéry
** Nie piszę tutaj oczywiście o bagieciarniach w dzielnicy dyplomatycznej w Rabacie czy też piekarniach w miejscowościach turystycznych, ale o asortymencie produkowanym powszechnie w całym kraju.
Ktoś poradził mi hotel Cafe, że niby miał być tani. Właścicielką, a może współwłaścicielką okazała się być Francuzka w średnim wieku – szczęśliwa żona, rozstawiającego właśnie plastikowe krzesła po kątach młodego Marokańczyka - zaprowadziła mnie na intymne pięterko.
Część hotelowa mieściła się tuż nad cafe, stąd też ta wymyślna nazwa. Według mojej kategoryzacji, pokój (choć był z łazienką) był o standardzie podły plus. 2 bylejakie łóżka, łazienka wołająca o renesans i dodatkowo brak ciepłej wody.
Za całość Francuzka zażądała, pisząc długopisem na swej ręce kosmiczną kwotę 120 DH, po czym zeszła na 100.
Musiałoby chyba prać żabami, żeby zgodzić się na tą cenę!
Zaproponowałem 1/3 ceny wyjściowej. Nie kryła oburzenia i potem żywo komentowała moją propozycję ze swoim małżonkiem.
A pokój ten zaiste nie był wart więcej niż 50! Zresztą, chwilę później w centrum znalazłem podły hotel Sahara za jedyne 30. Ot, mamy wolny rynek.
A teraz krótko o mojej kategoryzacji obiektów tzw hotelarskich.
Koszmarny – vide Rabat lub Marsylia, często bywa z robakami
Podły – nędzny, ale da się przeżyć
Podły plus - podły ale o podwyższonym standardzie np. łazienka na zewnątrz ale z ciepłą wodą jak tutaj w Tissint.
Komfortowy – czyli całkiem przyzwoity klasy turystycznej, gdzie jest czystko, ładne miejsce, łazienka niekoniecznie musi być w pokoju.
Wszystko natomiast powyżej, to już całkiem osobna kategoria pod wspólną nazwą: zbyteczne luksusy.
Oczywiście jak wynika z Taty w konfrontacji z Mirleft, cena przybytku niekiedy nie idzie w parze ze standardem. Ot cena sobie a standard sobie.
Irytują Europejczyków nie tylko tutejsze hotele ale i toalety. Nie dość, że nie można sobie wygodnie usiąść na tronie, to w dodatku permanentny jest w nich - niczym w PRL-u - brak papieru.
A to akurat jest przecież i zdrowo i higienicznie. Niemniej bardzo trudno zmienić swoje przyzwyczajenia.
Osobiście uważam, że woda jest właściwszym sposobem na utrzymanie czystości natomiast stosowanie toalet typu wschodniego (są również we Włoszech) jest po pierwsze higieniczne – często w Europie publiczne toalety są zanieczyszczone – a poza tym anatomiczne i zdrowe.
To tylko człowiek tzw cywilizowany, wymyślił sobie czytanie gazety i okupowanie toalety przez godzinę.
No ale człowiek cywilizowany, ze wszystkiego musi zrobić sobie przyjemność – vide celebracja jedzenia itp.
Bardzo podoba mi się w Afryce wykorzystywanie naturalnych elementów. np. zwykłą miotłę robi się w ten sposób, że po prostu obcina się liść palmy, do którego czasami dorabia się uchwyt. Taka miotła jest po pierwsze za darmo i jest ponadto niezwykle trwała i bardzo dobrze zamiata.
A kiedy się zużyje?
Ucina się po prostu kolejny liść.
Nie ma żadnej potrzeby chodzenia do marketu i kupowania drogiej zagranicznej Viledy, w której to albo tyczka się połamie albo od tyczki permanentnie będzie odpadać szczotkaco potrafi doprowadzić do szewskiej pasji, – wiem, bo testowałem tę markę. Inne no name to w ogóle wyrzucone pieniądze!
Na następny dzień dojechałem do Tissint. Po drodze pokropiło mnie i były dwie piękne tęcze, które jakby tworzyły na moją cześć łuk tryumfalny.
Wioska senna i nic tutaj się nie dzieje.
Nic tylko siedzieć w knajpie.
Ludzie więc siedzą przed kafejkami i piją kawę lub herbatę. Niestety, za Atlasem mięta marokańska się kończy.
Serwują tutaj berberyjską, mocą z cukrem, a to już nie to samo.
Przyglądam się ludziom. Kilka razy dziennie zatrzymuje się tutaj autobus firmy Trans Bani. Ktoś wysiądzie. Jakieś newsy z dalekiego świata.
A tak poza tym nuda....
We wsi jest – jak wszędzie w Maroku – kawiarenka internetowa tzw tutaj cyber cafe. Przychodzi głównie młodzież, ale również pojawia się w niej średnie pokolenie, np. aby porozmawiać przez skypa.
Młodzi – jak podpatrzyłem – koncentrują się na facebooku lub komunikatorach.
Fenomen tego portalu, mnie zdumiewa choć jak wszystko co masowe - irytuje. Ma zasięg coca-coli i codziennie przyciąga do komputerów, smartfonów miliony ludzi na całym świecie.
Wszystko jednak ma swój początek i koniec, a konsumenci są niezwykle chimeryczni, niewdzięczni i nie są stali w uczuciach. Zatem ciekaw jestem kiedy ta formuła się wypali?
Hotel mam podły plus. Potwierdza się w nim słowo AMAZIGH jak Berberzy mówią o sobie: WOLNY!
Odkąd jestem w Maroku, pierwszy raz nie jestem skrupulatnie spisywany – ot, berberyjska wolność fiskalna! Widać ludzie gór i pustyni, nie lubią jak państwo wtrąca im się do ich interesów i chce co nieco z nich uszczknąć dla siebie. I tak trzymać. Nie po to poczciwy Berber od ust sobie i dzieciom odejmował by postawić koślawy hotel, żeby teraz państwo do usranej śmierci na tym pasożytowało.
Że niby to nie moralne, bo przecież pieniądze te wracają do obywateli w postaci inwestycji, że niby na szkolnictwo, na drogi, na to i owo?
Duby smolone! Są przeżerane, źle gospodarowane i trwonione przez urzędasów wszelkich maści, a państwo zdziera z obywateli gdzie tylko może!
W samym paliwie, w każdym państwie jest ok 50% danin – a czasem więcej.
Więc gdyby tylko 1/3 z tych kwot szła rzeczywiście na drogi, to na całym świecie jeździlibyśmy po perskich dywanach.
Państwo wchłonie jak dobra gąbka każdą ilość gotówki. Administracja kosztuje sporo, źle zarządza, często dochodzi do przeróżnych malwersacji.
Dobrze wie o tym stary Berber i takiego wała pokazuje państwu!
Jakieś zusy?
A na cholerę to komu potrzebne?
Kolejny wynalazek, który niby miał uszczęśliwić starość, a w efekcie jest nędznym zasiłkiem. A wpływy ze składek zamiast być inwestowane, są często dodatkowym środkiem do łatania dziurawych finansów państw.
A bezpłatna służba zdrowia?
Jaka bezpłatna – to po pierwsze. Po drugie – dostępność i jakość pod chorą i zdychającą pandą.
Niestety tak często jest, jak państwo chce być bardziej papieskie niż sam papież i co rusz wymyśla innowacje.
Chce wszystko kontrolować od internetu aż do tego co obywatel ma na telerzu i sprawdza czy to ma certyfikat, bo bez tego ani rusz....
Niestety te wszystkie irytujące kontrole i niepotrzebne certyfikaty kosztują!
A kto za nie płaci?
Urzędnik z własnej kieszeni?
Przykładów można by mnożyć....
Generalnie nie od dziś wiadomo, że im państwo mniej ingeruje i reguluje, to tym lepiej i zdrowiej.
Ale to już całkiem osobny temat.
Do Tissint pod wieczór dotarła również na rowerach parka z Australii. Zatrzymali się również w tym samym hotelu.
Na drugi dzień nie chciało mi się wstać. Wylegiwałem się do dziesiątej i postanowiłem zostać jeszcze jedną noc.
Ktoś nie zamknął w nocy drzwi i o trzeciej nad ranem jakiś pies urządził na klatce schodowej konkurencję muezinowi.
Bo trzeba wiedzieć (o czym już Kazimierz Nowak pisał - niestety odpowiedniego cytatu już nie będzie, bo przepadł) tutejszym psom nie wolno szczekać i w dzień mordy mają na wszelki wypadek zamknięte na kłódkę, w obawie przed kamieniem. Natomiast w nocy, odgrywają sobie milczące dzionki i ujadają wtedy natrętnie, doskonale wiedząc, że nikomu nie będzie się chciało zwlec z łóżka by rzucić weń kamieniem.
Droga z Tissint do Foum Zguid to tylko 68 km - jechałem je ponad 7 godzin!
Wiał tak silny wiatr, że moja średnia prędkość była poniżej 10 na h.
przed samym Foum znów miałem śliczną tęczę i trochę pokropiło.
Krajobraz malowniczy. Z jednej strony pustynia, a z drugiej strony pasmo Antyatlasu.
Niestety jakość drogi nie na oponę szosową! Nawierzchnia jest nazbyt chropowata. Jest to żwir pomieszany z asfaltem i jedzie się jak po tarce.
Nic dziwnego, że po prawie 400 kilometrach, nowa Michelin City odmówiła posłuszeństwa. Rant obręczy po prostu przeciął gumę. W miejscowości TATA w końcu zdecydowałem się na szeroką oponę BMX, co odbyło się kosztem błotnika. Został zdemontowany.
Po drodze piękne oazy. Widziałem też kozy pasące się na drzewach – niesamowite.
W końcu jest egzotycznie!
Obszar ten zamieszkują Berberowie i czarnoskórzy Maurowie.
Pierwszą noc spędziłem w czyjejś oazie po drodze. Moja obecność nie uszła jednak uwadze własciciela, który nazajutrz przyszedł się przywitać.
Niestety, noce są bardzo chłodne. Nad ranem temperatura spada do zera stopni!
Po raz drugi spotkałem też rowerzystę z Europy – tym razem Rudiego z Monachium. Jechał z Agadiru w przeciwnym kierunku.
-------------------------
ps zdjęcia niebawem

© Copyright 2011 W drodze...
All Rights Reserved.
Wykonanie strony: RevolWEB
Dodaj komentarz: