
'The world is a book.
Those who don't travel
read only one page.'
----
- St Augustine
Transazja to pełne 3 miesiące podróży.
Nigdy więcej!
Takie tempo i zakres stanowczo mi nie odpowiada i po powrocie powiedziałem sobie - jak wyżej.
Oczywiście, to było wspaniale odwiedzić Moskwę, przejechać się całe 4 dni koleją transsyberyjską nad Bajkał, zaglądnąć też do Mongolii oraz pobieżnie zwiedzić Chiny, by w końcu, choć trochę odpocząć w Tajlandii.
Niemniej 3 miesiące na każdy z tych krajów byłoby również zbyt mało :(
Poniżej Transazja w wielkim skrócie. Szczegółowo została opisana na
Do Moskwy przybyłem nad ranem. Dzień zapowiadał się na słoneczny, więc po zainstalowaniu w hostelu udałem się na zwiedzanie tego magicznego miasta - a oczywiście jest co zwiedzać!
I dwa dni to stanowczo za mało.
Przejazd koleją Transsyberyjską nad Bajkał to niezapomniane przeżycie.
Równo 4 doby w pociągu. Było bardzo miło i przytulnie. Niestety, krajobraz nad Bajkał trochę monotonny. Podejrzewam, że dopiero właśnie od Bajkału jest znacznie ciekawiej, kiedy kolej przejeżdża przez góry. No cóż... na przejazd do Władywostoku, nie było po prostu czasu... Szkoda.
Podróż z Ułan Ude w Rosji do stolicy Mongolii zabrała prawie cały dzień, ale pejzaże z okna autobusu prześliczne.
Ułan Bator - stolica - bloki, niezwykle interesujący budynek parlamentu, a tuż obok porozkładane jurty.
Dwudniowy pobyt na prowincji z noclegiem w namiocie.
Miłoby było jeszcze kiedyś odwiedzić ten niezwykły kraj.
Chiny to nowoczesność połączona z niewyobrażalną historią.
Kraj przepastny i trudny do ogarnięcia przez zaledwie miesiąc.
Ludzie hałaśliwi i goniący za pieniędzmi.
Chiny mnie zmęczyły!
Czy zatem warto było?
No cóż... Zobaczyć o świcie Wielki Mur Chiński wchodzący do morza... Przechadzać się ogrodami urzędników cesarskich w Suzhou... Wyjechać na prawie 500 metrów w Szanghaju...
W dzikim tłumie 'rozkoszować się' Żółtymi Górami.... Przepłynąć po Jangcy i spotkać się oko w oko z pandami w Chengdu....
A nade wszystko podziwiać bajkowy krajobraz pól ryżowych w Longsheng i spektakularny pejzaż Gulin - BEZCENNE!
Odlot z Hongkongu, który nieodłącznie kojarzyć mi się będzie z posłem Gadzinowskim.
Niemniej znowu zbyt krótko, choć pewien mój znajomy zawsze powtarza, że lepiej mieć niedosyt niż przesyt.
Tradycyjnie na początek Bangkok, bo tutaj przylatują głównie samoloty.
Potem parodniowy odpoczynek na Ko Samui i kurs nurkowy na Phuket.
Kanchanaburi - most na rzece Kwai i dalej samochodem penetracja rejonów wschodnich.
Krótki pobyt w klasztorze pod Ubon Ratchathani, a po nim zwiedzanie wschodniego wybrzeża i wyspy Ko Chang.
Na zakończenie, jakby na deser słynna Pattaya.
Generalnie nie jestem jakoś specjalnie zachwycony Malezją.
Niemniej tym razem, był to doskonały patent na stopniowe opuszczenie Azji - wylot z Bangkoku byłby o wiele bardziej przykry.
Mając jeszcze jeden dzień, postanowiłem zwiedzić administracyjną część stolicy Putrajayę, oddaloną od KL jakieś 30 km w stronę lotniska.
Putrajaya reklamuje się na folderach jako inteligentne miasto.
Miałem odnośnie tego pewne obiekcje. Więcej na fotkach.
Ale i tak się udało wylądować. Na drugi dzień lotnisko z powodu opadów niewielkiej ilości śniegu, zostało sparaliżowane.
Szok nie tylko termiczny!
W Pekinie za przejazd nowoczesnym metrem płaciłem, około półzłotego, w Londynie za przejazd kilku przystanków metrem pamiętającym jeszcze królową Wiktorię zapłaciłem równo 20 zł.
Londyn poza tym mało ciekawy. Pałac Buckingham smutny i szary, że aż się nie chce wierzyć, że to siedziba monarchii, która swego czasu miała pod sobą pół świata.

© Copyright 2011 W drodze...
All Rights Reserved.
Wykonanie strony: RevolWEB
Dodaj komentarz: